gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

PIERWSZE SPOTKANIE c.d

cz. 3

gallery/przygoda4 600x900png

Niedźwiadki popatrzyły po sobie, nie wiedząc co myśleć o tej historii. W żadnej książce o zwierzętach nie wyczytały nigdy o takim gatunku. No chyba, że o smokach, ale przecież smoki nie istniały naprawdę. Chyba.
–    Foczko, a jak nazywają się te potwory? – zapytała Marika. Foczka rozglądnęła się płochliwie dookoła, czy nie wywoła wilka z lasu i szepnęła:
–    To ludzie!
Słowa uleciały w przestrzeń. Zapadła kamienna cisza. Trwała może dwie magiczne sekundy, akurat tyle ile trzeba było, by ich sens bęcnął niedźwiadki po śnieżnych główkach. Pac, pac, pac... I oto rodzeństwo sturlało się w puchowe zaspy, tocząc się na prawo i na lewo ze śmiechu. Oszołomiona foka przypatrywała się tej uciesze z niepomiernym zdumieniem.
–    Oj, bo nie mogę! – chichotała Marika.
–    Dasz wiarę? Ludzie! Cha, cha, cha! – trzymał się za brzuszek Bazyli. Wstał, z łapami w górze, naśladując śnieżnego potwora, mruczał grubym głosem. – To my, Ludzie, straszliwe bestie, zaraz pożremy cię żywcem! Mniam! Cha, cha, cha!
–    Chi, chi, chi! Bazyli przestań, bo nie wytrzymam! – Marika sturlała się w śnieżną kulkę.
–    Buu...buu – straszył jeszcze Bazyli znakomicie udając człowieka śniegu. Wesołości nie było końca.
–    I co was tak śmieszy? – wybąkała foka.
–    A to, że ludzie to najprzyjaźniejsze istoty na tej ziemi. Musiało ci się coś foczko poplątać. Jeśli faktycznie są tu jakieś potwory, to na pewno nie są to ludzie. Znamy ludzi bardzo dobrze. Nie zabijają zwierząt, wręcz przeciwnie, opiekują się nimi. – Marika uspokoiła się w końcu i uważała za stosowne pouczyć foczkę w tej kwestii.
–    A co wy, maluchy, możecie o ludziach wiedzieć? – zaperzyła się foczka, kręcąc wąsikiem.
–    Zresztą, sami się przekonacie! Na waszym miejscu nie zapuszczałabym się w głąb lądu, w pobliże ludzkich osiedli. A co ja tam będę wam gadać, i tak mi nie wierzycie...
–    No już dobrze, dobrze. Obiecujemy, że nie będziemy się zbliżać do ludzi – odpowiedziała pojednawczo Marika. – A teraz.. kto ostatni w wodzie, ten gapa! – Raz, dwa, trzy, prysnęło, chlupnęło i zwierzęta, zapominając już o całej historii, popłynęły bawić się w podwodnego berka.
 

WRÓG CZY PRZYJACIEL?

Późnym popołudniem niedźwiadki pożegnały nową przyjaciółkę obiecując, że jutro znów przyjdą się z nią pobawić. Skierowały się w głąb lądu, by znaleźć nocleg przed zachodem słońca. Droga była puszyście biała, usłana niesamowitymi kształtami i formacjami. Niedźwiadkom wydawało się, że widzą śnieżne postacie w oddali, lecz gdy podchodziły bliżej, okazywało się, że to tylko mgła płata im figla. Dookoła nie było żywego ducha. Panowała diamentowa cisza. Czym dłużej niedźwiadki wędrowały, tym bardziej docierał do nich fakt, że próżno szukać jakiejś wnęki, wyrwy, drzewa w tym niezmiennie białym, monotonnym zimowym krajobrazie. Po raz pierwszy tego dnia, pomyślały o jasnym domu, ciepłym kakao i dobrych oczach mamy, która pewnie czekała na nich, tam gdzieś daleko, z nadzieją wpatrując się w malowane mrozem okno. Wspomnienie to sprawiło, że dwie srebrne łzy spłynęły po Marikowych futrzastych policzkach. Brat pogłaskał ją nosem czule po policzku i wymruczał ochryple:
–    Nie płacz, Mariko. Do wieczora daleko. Na pewno coś wymyślimy – pokrzepił ją słowami. Przez jakiś czas szli w milczeniu. Teren nie był jednak całkiem równinny. Tu i ówdzie wznosiły się większe lub mniejsze pagórki, które utrudniały dodatkowo przemarsz. W okalającej bieli i osiadłej mgle ciężko też rozeznać się w kierunkach, lecz misie instynktownie odnajdywały drogę na południe. Gdy słońce niepokojąco zniżyło się ku horyzontowi, a niebo pociemniało, Bazyli zarządził postój. Usiadły na puchu wpatrując się w zimową przestrzeń, która o tej porze dnia nie namawiała już do wesołych zabaw. Swoim miękkim spokojem zmrużała oczy do snu. Pewnie i niedźwiadki zasnęłyby w końcu, tam gdzie siedziały, gdyby w tym niemalże pustynnym, wymarłym miejscu nie doszło do nieoczekiwanego spotkania...
–    A wy tu czego? – spod białej zaspy wydobył się niezbyt uprzejmy warkot. Coś poruszyło się w śniegu i za moment pojawił się kosmaty pyszczek z bardzo ruchliwym nosem. Zwierzątko wciągnęło nozdrzami powietrze, wygramoliło się spod śnieżnej pierzyny i przenikliwym bursztynowym wzrokiem spojrzało na parę niedźwiadków odpoczywających na dachu jego domu. Niedźwiadki przyglądały się z ciekawością nieznajomemu.
–    Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu mieszka. Kim jesteś? – zagadnęła wesoło Marika.
Śnieżny stworek fuknął i wylazł całkiem ze swej nory pokazując piękny, puszysty ogon. Od łap do pyszczka pokryty był, jak niedźwiadki, białym futerkiem.
–    Jestem piesiec. To przecież oczywiste. Dziwne, że od razu nie poznaliście. Spójrzcie tylko na mój ogon – zamiótł nim, aż zakurzyło się srebrzystym pyłem. Migoczące gwiazdki w powietrzu tak go oczarowały, że zaczął kołować za swoim ogonem, próbując pochwycić choćby jedną z nich. Kołował i kołował, wzbijając tym samym coraz większe tumany śnieżnego kurzu. Pochłonięty polowaniem na śnieżynki, zupełnie zapomniał o swych nowych towarzyszach. Było to tak zabawne, że niedźwiadki wybuchnęły szczerym śmiechem. Na ten dźwięk zatrzymał się zdezorientowany, spojrzał zdziwiony w kierunku pary niedźwiadków i przypomniał sobie o ich obecności. Otrząsnął się ze śniegu i lisim susem był już przy nich.
–    Miśki, a co wy właściwie robicie na moim terenie? Mieszkam tu od zeszłej wiosny i ta miejscówa jest już zaklepana.
–    Nie planujemy zostać tu długo. Szukamy tylko noclegu – odpowiedział Bazyli.
–    Szukacie noclegu, tak? – powtórzył powoli piesiec, jakby z zastanowieniem. Wstał i zaczął przechadzać się dookoła niedźwiadków, spoglądając raz po raz to na jedno to na drugie. W końcu przystanął, widocznie podejmując ostateczną decyzję, a oczy błysnęły mu w świetle zachodzącego słońca. – No dobra. Sądzę, że mógłbym was przenocować... – zaczął. Misie ucieszyły się z jego gościnności.
–    To fajnie! Dziękujemy!
–    ...ale pod jednym warunkiem – dodał piesiec.
–    Jakim. Chętnie się na wszystko zgodzimy.
–    Rano, gdy ruszycie w dalszą drogę, pójdę z wami.
Misie z radością przyjęły ten warunek. Zdawał się śmiesznie małą ceną za dach nad głową w mroźną arktyczną noc.
Przed udaniem się na odpoczynek, trzeba było poszerzyć nieco norkę, tak więc wszyscy z zapałem wzięli się do pracy. Gdy księżyc zawisł na niebie i rozbłysły towarzyszące mu gwiazdy, cała trójka wygodnie ulokowała się w lisim domku.
–    Dobranoc.
–    Dobranoc.
–    Uhaaa...Dobranoc. Do jutra.
Zwierzątka przytuliły się do siebie i wturlały w ciepły sen.
Rano Marika otworzyła oczy i szturchnęła brata. Piesiec już był na zewnątrz i ganiał za uciekającym ogonem. Gdy misie wyszły z norki, zatrzymał się i zaczął wyczesywać zębami futerko.
–    Niezły spryciarz z mojego ogona. Jeszcze nigdy nie udało mi się go złapać. Wyobrażacie sobie? Siedzę spokojnie, on siedzi razem ze mną. Zamykam oczy i udaję, że wcale nie mam ochoty na gonitwę. Gdy tylko wydaje mi się, że usypiam jego czujność... zrywam się i próbuję pochwycić ogoniastego zębami, lecz wywija się sprytnie, to w prawo to w lewo, ja w górę, on w dół. Sprytna bestia! Ach, złapać go, choć raz! To by było coś!
Marika zachichotała cichutko. Nigdy nie spotkała kogoś tak zainteresowanego własnym ogonem. Nie chciała jednakże zranić uczuć nowego przyjaciela, stłumiła więc szybko swoją wesołość.
Mniej wrażliwy Bazyli, prychnął tylko z powątpiewaniem i zmieniając temat, rzekł:
–    Dzięki za nocleg. Naprawdę, miło z twojej strony, że nas przygarnąłeś.
–    Nie ma sprawy. A dokąd się teraz wybieracie?
–    Z powrotem nad brzeg morza. Zjemy tam śniadanie, a poza tym obiecaliśmy komuś, że wrócimy.
–    Śniadanie – mlasnął lisek. – Oczywiście idę z wami.
–    Świetnie. W takim razie ruszamy od razu. To ładny kawałek stąd – odpowiedział Bazyli i wyszedł na prowadzenie. Pozostali ruszyli, nie ociągając się, za nim.
Tym razem wędrówka nie trwała tak długo. Wypoczęci, rozeznani w terenie, zmierzali prosto do celu. Myśl o jedzeniu dodatkowo napędzała ich marsz. Piesiec wyrywał się czasami naprzód, coś w duszy gnało go na przełaj, przez zimowe pola Arktyki. Wracał potem z błyskiem w oczach, wywieszonym językiem, nierzadko też upolowawszy jakiegoś nieostrożnego ptaka. Innym razem marudził przy podejrzanie wyglądającej zaspie, kopiąc i węsząc, co przyczyniło się do nadania mu pieszczotliwego imienia, Wąchacz. W chwilach zapomnienia biegał za swym ogonem, nie tracąc nadziei na wygraną. Marika i Bazyli zaśmiewali się do łez, ciesząc się, że los postawił na ich drodze tego zawadiakę. Wśród ogólnej radości, krok za krokiem zbliżali się do morza. O nosy ocierał się znajomy, słony zapach. W końcu, widząc niebieskawą linię, zwierzęta puściły się pędem do brzegu. Znajoma Foczka machała już do nich z daleka. Niedźwiadki gnały do niej wykrzykując powitania. Piesiec zorientowawszy się w sytuacji, zwolnił bieg. Z jego pyszczka zniknęło podniecenie, a w oczach pojawiły się niedowierzanie i głód.
–    Wąchaczu, co się stało?! – krzyknęła do niego Marika widząc, że został w tyle.
–    To foka!
–    Oczywiście, że to Foka!