gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

WRÓG CZY PRZYJACIEL c.d

cz. 5

gallery/przygoda4 600x900png

Bazyli podszedł do niego, położył mu mocną, lecz miękką łapę na grzbiecie i odpowiedział:
–    Nie ma sprawy, Wąchaczu. Cieszę się, że zrozumiałeś swój błąd. Nie puściłbym cię morsom na pożarcie. Chciałem ci tylko dać nauczkę!
Zwierzęta nie miały innego wyjścia, jak poszukać nowego miejsca do żeru i zabaw. Tym razem Foczka wskazywała drogę, gdyż znała tę okolicę najlepiej. Dzięki jej rozeznaniu wkrótce dotarli do urokliwego nadbrzeża, z dużymi krami, kołyszącymi się na powierzchni, niczym lodowe pontony.
–    Jupiii! Tu jest fajnie! – zakręcił młynka piesiec. – Teraz nawet ja będę mógł popływać, he, he!
–    A nie mówiłam, żebyście się zdali na mnie? Znam różne ciekawe miejsca – ucieszyła się Foczka.
–    Dobra robota, Foczko! – pochwalił koleżankę Bazyli. – Miałaś rację, tu jest naprawdę ładnie. I dużo miejsca do zabawy.
–    Dziękuję – Foczka zarumieniła się słysząc pochwałę. Marika szturchnęła ją nosem:
–    Biegnijmy na kry! Wypróbujemy, czy nadają się do wyścigów!
–    Ja będę pierwszy! – Wąchacz pomknął, niczym rakieta.
–    Zobaczymy! – zaśmiał się Bazyli i puścił się za nim. Marika również nabrała rozpędu. A biedna foczka, ślizgając się na brzuszku, wołała za nimi:
–    Poczekajcie na mnie! – A gdy nikt się nawet nie odwrócił, mruknęła do siebie – Dobra, dobra, w wodzie nikt mnie nie prześcignie. – I szru–szru, posuwistymi ruchami podążyła za przyjaciółmi.
Kry okazały się fantastycznymi pojazdami, służącymi zarówno do spokojnego dryfowania, jak i szalonych wyścigów, przy pomocy łap i płetw. Nawet Wąchacz dał się ponieść wodnym igraszkom, zupełnie zapominając o swoim wstręcie do wody. W końcu udało mu się wygrać! I to dwa razy z rzędu! Marika i Bazyli jeszcze nigdy nie bawili się tak wyśmienicie. Wspaniale czuli się w swoich niedźwiedzich skórach okrytych futrem. A ich myśli coraz bardziej oddalały się od domu i mamy...
Zwierzęta bawiły się do późnego popołudnia. Gdy słońce zaczęło schodzić po niebieskich schodkach w dół horyzontu, Marika zwróciła uwagę, że trzeba poczynić przygotowania na wieczór. Gdzieś musieli przecież spać. Postanowili zostać w pobliżu. Foczka umiała spać na wodzie, misie i piesiec potrzebowali wybudować śniegowe domki. Wąchacz od razu zaoferował niedźwiadkom swoją pomoc, gdyż nikt nie posiadał tak wprawnej techniki w budowaniu śnieżnych nor jak on. Rodzeństwo szybko nauczyło się tej przydatnej umiejętności. Okazało się, że to nie takie trudne, zważywszy na fakt, iż jako dzieci, nieraz lepili igloo na podwórku. W niedługim czasie, powstała przytulna, śnieżna gawra, z małym przedsionkiem na wzór tunelu, zabezpieczającym domek od arktycznego wiatru. We wnętrzu było nadspodziewanie ciepło i szczelnie. Marika i Bazyli wczołgali się do środka, Wąchacz również wskoczył już do sąsiadującej z gawrą jamy. Foczka natomiast ułożyła się wygodnie w swym łóżku wodnym. Zrobiło się cicho i spokojnie. Zasnęli. Przespali całą noc i mieli piękne sny.
 

OPOWIEŚĆ ALKI

Marika i Bazyli postanowili zostać przez jakiś czas na nowym terytorium. Kolejne dni upływały im na zabawie z foczką. Wąchacz znikał już o świcie i wracał aż po zmroku. Ciężko było jednak wydobyć z niego, co to za tajemnicze wycieczki. Chadzał własnymi drogami i bardzo nie lubił, gdy go o to wypytywano. Z początku misie były zaintrygowane dziwnym zachowaniem kolegi, lecz gdy ucinał wszelkie pytania krótkim: "biegam sobie tu i tam", zajęły się swoimi sprawami. Zwłaszcza, że jak okazało się niebawem, gościnny cypel przyciągał różne zwierzęta, poszukujące pożywienia. Rozgadane alki, nurzyki i rybitwy, a przede wszystkim foki, które, widząc że zaczarowane misie zakolegowały się z ich krewniaczką, szybko aklimatyzowały się na wybrzeżu. Zrobiło się gwarno i jeszcze weselej.


Po wielkiej uczcie niedźwiedzio–foczej, jaka odbyła się w południe, objedzone zwierzęta leniwie rozciągnęły się na śniegu. Alki, jak zwykle, śledziły bystro sytuację. Teraz chmarami sfrunęły na brzeg i zaczęły przechadzać się pomiędzy ssakami, w poszukiwaniu resztek jedzenia. Wiedziały, że w tym miejscu najedzą się do syta. Jedna alka śmiało podeszła do Mariki i Bazylego zajętych rysowaniem pazurami szlaczków na śniegu.
–    Kółko!
–    Krzyżyk!
–    I znowu kółko! Mam linię, wygrałam!
–    Bo zaczynałaś. E, głupia gra. Zagrałbym w szachy... – rozmarzył się Bazyli.
Wścibska alka przechyliła główkę i spojrzała na znaczki, które tak zaaferowały rodzeństwo.
–    Nigdy czegoś takiego nie widziałam, choć widziałam i podróżowałam wiele. Zwiedziłam cały zimny ląd. Nawet na Wyspie Niedźwiedziej, nie słyszałam o kółkach i krzyżykach! Ho, ho! Mądre z was misie. I dziwne – dodała po chwili, przyglądając się im z uwagą. Niedźwiadki stropiły się nieco. Alka wyczuła to od razu i postanowiła wykorzystać ich zakłopotanie:
–    A ja coś wiem, ale nie powiem!
Marika drgnęła.
–    A co wiesz?
–    Wiem, wiem, ale nie powiem! – zaskrzeczała alka.
–    No powiedz wreszcie! – Marika denerwowała się coraz bardziej. Być może alka rozszyfrowała ich tajemnicę?
–    A nie powiem. Wszystkim powiem, a wam nie powiem – droczył się nieznośny ptak.
–    E, co ty tam wiesz. Nic nie wiesz. Jakbyś wiedziała, to byś powiedziała – machnął łapą Bazyli, tracąc powoli zainteresowanie ptasią paplaniną.
–    A właśnie, że wiem! – zaperzył się ptak.
–    Tak, a co? – Ptak przymknął oczy i milczał wyczekująco. Marika spróbowała go ugłaskać prośbą.
–    No, powiedz, aleczko...Bądź taka dobra i nie trzymaj nas już dłużej w niepewności... Czy to coś interesującego?
–    O tak, bardzo interesującego! – zaskrzeczała alka.
–    E, nie wierzę! Tylko tak gadasz – mruknął z powątpiewaniem Bazyli.
–    Wcale nie. Wiem i jest to najbardziej interesujące z najbardziej interesujących was rzeczy! – przechwalała się alka.
–    Taaa... że woda jest mokra i ryby w niej pływają – ziewnął Bazyli. – Wiesz, co? Zachowaj dla siebie te rewelacje. To co Mariko? – zwrócił się do siostry. – Jeszcze jedna partyjka?
–    Pewnie! – podjęła Marika, udając, że już wcale, ale to wcale, nie ciekawią ją ptasie historyjki.
Alka czując, że traci słuchaczy, nie wytrzymała:
–    Dobra, powiem wam!
–    Słyszałaś coś?
–    Nie. To chyba wiatr...
–    Ej, miśki! Wiem, skąd się tutaj wzięliście! – wyskrzeczała jednym tchem alka, by zwrócić na siebie uwagę. Jej słowa podziałały magicznie i niedźwiadki na powrót skierowały się w jej stronę.
–    Tak? To powiedz. Tylko tym razem bez kręcenia – rzucił bezbarwnie Bazyli. Marika zmilczała, mając nadzieję, że nie słychać, jak z przejęcia bije jej serce.
Alka odchrząknęła i rozpoczęła opowieść:
–    Tę historię opowiedziała mi moja babka, żyjąca na Wyspie Niedźwiedziej. Dawno temu, gdy niedźwiedzie polarne zamieszkiwały tereny rozciągające się od lewego krańca Suchych Traw, aż po prawy, spadający wprost do największego morza, jakie możecie sobie tylko wyobrazić, żyła Biała Niedźwiedzica. Wszystkie niedźwiedzie polarne mają kolor śniegu, lecz ona przewyższała każdego z nich swoim ubarwieniem, niespotykaną jasnością futra, które mieniło się srebrzyście w świetle dnia. Gdy przechodziła, inne misie polarne patrzyły w zachwycie, pozdrawiając ją z radością i widząc, że jest między nimi szlachetne i piękne zwierzę. Biała Niedźwiedzica lubiła błąkać się po krainie Suchych Traw, cieszyły ją nowe miejsca. Dusza odkrywcy prowadziła ją na coraz to bardziej odległe ścieżki. Pewnego dnia, doszła do skupiska wysokich zielonych drzew, które zwie się lasem.