gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

OPOWIEŚĆ ALKI c.d.

cz. 6

gallery/przygoda4 600x900png

W lesie napotkała różne stworzenia, ale każde z nich kłaniało się pokornie i schodziło jej z drogi. Ona też nie czyniła im krzywdy. W lesie było pod dostatkiem jagód i korzonków, nie cierpiała więc głodu. Od tej chwili las stał się jej drugim domem. Lubiła przebywać między pachnącymi drzewami, próbować smaków dzikich owoców, wsłuchiwać się w szepty i szelesty roślin i zwierząt. Powoli zieleninę zdominowała biel, tak jak dziś, nastała mroźna zima. W brzuchu Niedźwiedzicy pojawiło się się nowe życie, małe niedźwiadki. Było jej ciężko, ale nie zrezygnowała ze swoich wycieczek. Przechadzając się między drzewami usłyszała jakieś dźwięki. Gdy podeszła bliżej, zauważyła dziwną istotę, niespotkaną dotąd w lesie. Naga, bezbronna, na wpół przemarznięta istota wydawała z siebie te ciche, żałosne tony. Biała Niedźwiedzica podeszła do istoty i otuliła ją swym puszystym futrem. Ciepłe serce Niedźwiedzicy ogrzało istotę i uratowało ją. Stworzenie uśmiechnęło się z wdzięcznością i wydobyło kilka gulgoczących słów. Było małe, poruszało się niezdarnie, Niedźwiedzica doszła do wniosku, że musi to być szczenię. Postanowiła odszukać jego matkę. Z istotą na grzbiecie wniknęła w nieznaną głębię lasu. Wkrótce dotarła do siedzib istot podobnych tej, którą znalazła w lesie. Ukryta wśród drzew, obserwowała z daleka, jak dwunożne istoty uwijają się wokół swoich domów, pobudowanych z drzew i skór. W ich otoczeniu zauważyła mnóstwo rogatych reniferów i wilkowatych stworzeń. Podeszła na tyle blisko, na ile starczyło jej odwagi, strząsnęła delikatnie szczenię ze swych barków i trąciła je nosem, dając do zrozumienia, że ma iść w stronę domostw.
–    No dalej, smyku. Wracaj do swoich – powiedziała łagodnie. Szczenię ostatni raz przytuliło się do jej ciepłego futra i niezdarnie, raz po raz zanurzając się w śniegu, ruszyło w kierunku osady.
Po chwili, jedna z istot spostrzegła malca i zawołała inne. Współplemieńcy zbiegli się, a wraz z nimi szczęśliwa, ocierająca łzy matka szczenięcia. Chwyciła dziecko w objęcia i zaniosła do domu. Teraz Biała Niedźwiedzica miała dodatkowy powód, by przychodzić do lasu. Zainteresowało ją życie istot z osady. Któregoś dnia znów ujrzała malca, bawiącego się nieopodal. Podeszła doń bliżej, a szczenię, spostrzegłszy ją, radośnie podbiegło i wtuliło się w jej przyjemną biel. W tym momencie, z chaty wyszła matka szczenięcia. Przestraszyła się, widząc olbrzymią postać Niedźwiedzicy, lecz gdy ta łagodnie spojrzała jej w oczy, uspokoiła się i zrozumiała, że to Niedźwiedzica uratowała jej dziecko. Od tego dnia, Biała Niedźwiedzica i matka szczenięcia zaprzyjaźniły się. Matka przynosiła Niedźwiedzicy na powitanie zawsze coś do jedzenia, a Niedźwiedzica bawiła się z malcem. Niedługo później, na świat przyszły małe niedźwiadki, gdy podrosły, stały się towarzyszami zabaw szczenięcia z osady.
Niestety, po jakimś czasie, inne istoty dowiedziały się o Białej Niedźwiedzicy. Istoty te chciały wyrządzić jej krzywdę, pochwycić ją i jej dzieci, zabić dla mięsa i pięknego futra. Wiedziały, że Niedźwiedzica jest od nich potężniejsza, wiec wzięły ze sobą wielkie, ostre kolce, zbiły się w gromadę i, w spokojnym dotąd lesie, rozpoczęło się wielkie polowanie.
Dwunożni zapędzili się aż na obrzeża lasu. Nie znaleźli jednak śladu Niedźwiedzicy. Zmierzając dalej na północ, przekonali się jednak, że w krainie Suchych Traw żyje więcej białych niedźwiedzi. Przygotowywali więc różne zasadzki i zabijali je, a po każdym udanym polowaniu w osadzie odbywało się święto. Istoty śpiewały i tańczyły, ciesząc się ze zwycięstwa nad " śnieżną bestią" . Od tej pory, niedźwiedzie polarne nie mogły czuć się bezpiecznie w krainie Suchych Traw. Każdego roku było ich coraz mniej. W końcu, zdecydowały się wyemigrować. Wsiadły na kry i przepłynęły morze, osiadając na odległej wyspie, którą odtąd nazywano Niedźwiedzią. Ale Biała Niedźwiedzica nie odpłynęła wraz z nimi. Nikt nie wie co się z nią stało. Powiadano, że została z dziećmi na lądzie, nieuchwytna dla myśliwych, dzięki przyjaźni z matką uratowanego dziecka, która skutecznie zmylała jej trop. Powiadano również, że wciąż żyją na tej ziemi potomkowie Białej Niedźwiedzicy, myśleniem i zachowaniem bardziej podobni dwunożnym istotom, z którymi przyjaźnili się, sąsiadowali, czerpiąc od nich wiedzę, nieznaną innym zwierzętom. Taką historię opowiadała moja babka, a wcześniej jej babka i prababka, której to opowiedziała pewna niedźwiedzica, której praprababka pamiętała czasy wielkiego pogromu niedźwiedzi polarnych i widziała na własne oczy Białą Niedźwiedzicę.

–    A teraz ja opowiadam wam tę historię, gdyż nie ulega wątpliwości, że to wy jesteście potomkami Białej Niedźwiedzicy i niezbitym dowodem potwierdzającym prawdziwość tej historii – zakończyła z nieskrywaną satysfakcją alka, spoglądając na zasłuchane niedźwiadki. Po minach rodzeństwa było widać, że jej opowiadanie, prawdziwe, czy nie, zrobiło na nich piorunujące wrażenie. Legenda o Białej Niedźwiedzicy była chyba najpiękniejszą z opowieści, jakie do tej pory usłyszały. Co więcej, jak w każdej opowieści, musiało istnieć w niej ziarnko prawdy. Myśl o spotkaniu innych, prawdziwych niedźwiedzi, napawała dzieci dreszczem emocji, mieszanką strachu i podniecenia. Alka wciąż bacznie przyglądała się reakcji niedźwiadków.
–    I co powiecie? – nie wytrzymała w końcu.
–    Piękna historia – odpowiedziała Marika, przełamując ciszę. – Lecz nie wiadomo, czy jest prawdziwa.
–    Najprawdziwsza z prawdziwych! – zaskrzeczała alka. – Znam ją z wiarygodnego źródła, a poza tym, jak inaczej wytłumaczyć waszą obecność na tym lądzie?
–    Noo... faktycznie możemy być potomkami jakichś niedźwiedzi, które nie wyemigrowały... – zaczął ostrożnie Bazyli. Nie miał zamiaru oczywiście wyjawiać prawdy o zaczarowaniu – ale Biała Niedźwiedzica to raczej legenda.
–    A wasze niespotykane umiejętności? To rysowanie na śniegu?
–    Ach, to. Eeee... widzisz – rzuciła Marika. – Lubimy wymyślać różne gry i zabawy...
–    Dzięki temu nigdy się nie nudzimy – dopowiedział Bazyli. – Jeśli chcesz, nauczymy cię gry w "kółko i krzyżyk". To proste.
–    Ołki – dołki! – podskoczyła z radością alka, machając entuzjastycznie skrzydełkami. Zmiana tematu szybko rozluźniła napiętą atmosferę i Bazyli zaczął wyjaśniać reguły gry:
–    Dobrze. Słuchaj uważnie... Najpierw rysujemy kwadrat i dzielimy go na dziewięć mniejszych. Jedno zwierzę rysuje kółka, drugie krzyżyki, na zmianę. Ten, kto pierwszy ułoży swoje figury w linii pionowej, poziomej lub po przekątnej, wygrywa. Gdy nikomu się nie uda, jest remis. Wszystko jasne? – Alka pokiwała ze zrozumieniem głową. Rozpoczęli więc grę. Najpierw Marika grała z alką, a Bazyli przyglądał się i w razie potrzeby, pomagał. Nawet nie zauważyli, że wokół nich zgromadziło się całe stadko alek, dłubiąc dziobami swoje kółka i krzyżyki na lodowych taflach. Kto by pomyślał, że ptaki tak wciągną się w tę grę. Już po chwili całe wybrzeże roiło się od wygranych i przegranych. Ptaki zaczęły dziobać się nawzajem, szarpać za piórka, kłócić, przekrzykiwać: kto wygrał, kto przegrał, a kto oszukiwał... Istny zgiełk i poplątanie!
–    Cisza! – ryknął Bazyli. Wszyscy znieruchomieli. – Nieważne kto wygrał, kto przegrał. Chodzi o to, by się dobrze bawić. A wy, głuptaki, zamiast grać, tracicie czas na kłótnie i bijatyki.
Słowa Bazylego od razu wzbudziły respekt. Zwierzęta wróciły do gry, lecz tym razem bawiły się bez krzyków. Znów zapanował spokój. Marika spojrzała na brata i rzekła z nutką fascynacji w głosie:
–    Bazyli, zmieniłeś się.
–    Tak? W jaki sposób? – zdziwił się Bazyli, rozciągając się z powrotem na lodzie.
–    Sporo urosłeś, zrobiłeś się taki potężny. I twój głos... jest taki... silny i pewny siebie – Marika patrzyła z podziwem, ale i z niepokojem, na Bazylego. – Robi się z ciebie prawdziwy niedźwiedź! – W odpowiedzi, roześmiał się tylko, lecz Marika szła o zakład, że pękał z dumy.
–    Prawdziwy niedźwiedź poluje na foki – wtrąciła swoje trzy grosze alka. – A z tego co widzę, wy zadowalacie się rybami. Mnie to osobiście nie przeszkadza – dodała szybko, widząc, że Bazyli patrzy na nią spod oka.
–    I czemu nie płyniecie na Niedźwiedzią Wyspę, do swoich? – ciekawska alka zdecydowanie nie była z tych, co łatwo rezygnują.
Bazyli uniósł się na łapach. Wielki i silny. Na wszelki wypadek alka odskoczyła na bezpieczną odległość. Ale on tylko przyjął wygodniejszą pozycję, spojrzał w zamyśleniu na szeroki pas falującego morza i odpowiedział:
–    Może kiedyś... – urwał, wpatrując się jak zahipnotyzowany w błękitno–szary horyzont. W sercu poczuł dziwne ukłucie, jakby tęsknotę za czymś nieznanym i nieokreślonym. Marika również poczuła ukłucie, ale z zupełnie innego powodu. Co się stanie – myślała – jeśli przeobrażą się w prawdziwe niedźwiedzie? Zapomną o domu, o mamie, o kolegach i koleżankach. Co, jeśli staną się dzikimi zwierzętami na zawsze i już nigdy nie będą mogły wrócić do swojej ludzkiej postaci? Marika zaczęła się martwić. W głębi niedźwiedziego futra, kryła się wciąż ta sama dziewczynka, która w pewne mroźne popołudnie, nie posłuchała mamy i pobiegła za bratem w bajkową, śnieżną dal. Musimy odnaleźć ludzi! – podjęła decyzję i postanowiła, przy najbliższej okazji porozmawiać o tym z bratem.