gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

TAJEMNICA WĄCHACZA

cz. 7

gallery/przygoda4 600x900png

Kilka dni później na wybrzeżu pojawił się piesiec. Zdyszany, zmęczony, z wywieszonym jęzorem oklapł tuż obok Mariki i Bazylego.
–    Gdzieś ty się podziewał, Wąchaczu? – zatroskała się Marika. Wąchacz łapczywie połykał powietrze, lecz oczy błyszczały mu pełnym zadowoleniem.
–    Mariko, daj mu odpocząć – zaśmiał się Bazyli. – Widać , że tym razem zapuścił się daleko. Lepiej przynieś mu coś do jedzenia. Rodzeństwo podsunęło mu pozostałości z obiadu, lecz ten powąchał tylko i pokręcił głową.
–    Oho! – zdziwił się Bazyli. – Ktoś tu grymasi.
–    Nie jesteś głodny, Wąchaczu? A może źle się czujesz? – dodała Marika. Wąchacz miał zawsze największy apetyt i był to apetyt przez duże "A". Jeśli Wąchacz nie chciał tknąć jedzenia, to w oczach Mariki mogło to oznaczać tylko jedno: chorobę. Ale piesiec bynajmniej nie wyglądał na chorego. Wręcz przeciwnie. Gdy się nań spojrzało, aż tryskał energią. I mimo wyczerpujących samotniczych wędrówek, nie schudł nawet o gram. Zachowanie Wąchacza stawało się coraz bardziej tajemnicze.
–    Dzięki za troskę, ale czuję się znakomicie – odezwał się, szczerząc paszczę do Mariki. – A głodny nie jestem, bo najadłem się po drodze. – Misie pokiwały głowami. Piesiec nieraz polował na ptaki, trochę dla urozmaicenia diety, a trochę dla ruchu, gdyż nie mógł zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. Być może wybiegał w dal, gdyż zdawał sobie sprawę, iż Bazyli nie będzie tolerował jego polowań na przyjaciół z nadbrzeża. Bazylemu nie dawała jednak spokoju nazbyt uradowana mina Wąchacza. Jakby za nią skrywały się jakieś lisie zamiary. Ale Wąchacz, nawet jeśli widział pytajniki w oczach przyjaciół, nic sobie z tego nie robił. Nie pisnął już ani słówka na ten temat. Odpocząwszy nieco, pobiegł na kry pogonić dla zabawy foki. Misie, spragnione jego zawadiackiego towarzystwa, popędziły za nim, ślizgając się łapami po lodzie. Tego dnia niedźwiadki z pieścem tak harcowały, że swoimi dzikimi psotami przestraszyły ptactwo zalegające lodowy cypel. Zabawa przeciągnęła się do wieczora. Strudzeni, lecz jakże szczęśliwi wrócili do swoich jam.
–    Dobrze być znowu razem – szepnęła Marika, okrywając się śnieżnym puchem.
–    Taa... – ziewnął Bazyli, zapadając w niedźwiedzi sen.
Dni upływały przyjemnie, ale i niezmiennie. Fajnie spędzało się czas na zabawach w wodzie i na śniegu, lecz powoli Marika i Bazyli zaczęli się nudzić. Mieli teraz Wąchacza, ale było do przewidzenia, że jego niespokojna natura wkrótce da o sobie znać. Pewnego razu, po sytym posiłku, misie i piesiec odpoczywali z dala od ptasiego gwaru. Foczka zaś, pływała pod lodem, raz po raz wychylając swą mokrą główkę z przerębli, by posłuchać, o czym rozmawiają koledzy. Po krótkiej rozmowie o planach na jutro, Wąchacz rzucił mimochodem:
–    A nie przejadły wam się już te ryby?
–    Dlaczego? – zdziwiła się Marika.
–    A, bo na śniadanie – ryby, na obiad – ryby, na deser–ryby, na kolację – ryby! – odpowiedział z kwaśną miną piesiec.
–    Są smaczne, a poza tym, nie znaleźliśmy nic innego.
–    Można jeść tłuste foki – wysyczał przez zęby Wąchacz.
–    O, wypraszam sobie! – prychnęła wodą Foczka wynurzając się na powierzchnię. Bazyli podniósł łapę, chcąc uspokoić zwaśnione zwierzęta.
–    Spokojnie, nikt nikogo nie zje. Ryby wcale nie są takie złe. Każda smakuje inaczej, a wybór jest duży.
–    No właśnie! – zadarła nosek Foczka. – Dobrze mówisz, Bazyli.
Widać, że Wąchacz bił się w środku z myślami. Chwilę posiedział w milczeniu, przetrawił słowa, w końcu, przełamując coś w sobie, odezwał się, niby to obojętnym tonem:
–    A może znam takie jedno miejsce, gdzie jest dużo smacznego jedzenia... smaczniejszego niż ryby... – urwał, sprawdzając, czy słowa wywołały pożądany efekt. Tak! Trzy pary oczu, z ożywieniem, skierowały się w jego stronę i momentalnie spadł na niego grad pytań:
–    Mówisz serio?
–    Co to za miejsce?
–    Czy daleko stąd?
–    Czy jest tam bezpiecznie?
–    Czy trzeba polować?
–    Ej, spokojnie. Za dużo pytań. Nie wszyscy na raz – przerwał Wąchacz. Nie spieszył się z odpowiedzią, gdyż, jak wiadomo, lubił być w centrum uwagi. Machał puszystym ogonem czekając, aż przyjaciele nieco ochłoną.
–    No, powiedz wreszcie, co to za miejsce – ponaglił Bazyli.
–    Dobra. Słuchajcie. Pamiętacie moje wycieczki w głąb lądu?
–    Nooo...
–    Na początku chciałem oderwać się od tego miejsca. Nudziło mi się, a w czasie spacerów, zawsze można było coś chwycić na ząb.
–    Domyślaliśmy się tego, szczerze mówiąc – wtrąciła Marika.
–    Każdego dnia wybiegałem coraz dalej, aż dotarłem do starej kryjówki, zbudowanej jeszcze za czasów dziadka. To już spory kawałek stąd. Przenocowałem w kryjówce, a gdy się obudziłem, pognałem na przełaj. Biegłem tak i biegłem, gdy nagle w oddali zamajaczyła mi dziwna ciemna smuga. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Byłem już w połowie drogi, gdy okazało się... – Wąchacz zrobił krótką pauzę.
–    Że co? – nie wytrzymała Foczka, jak zwykle obawiając się najgorszego.
–    Że to ludzka osada! – wyrzucił z siebie jednym tchem, strzelając i połyskując ślepiami.
–    Ludzka osada?! – wykrzyknęły jednocześnie niedźwiadki.
–    Ludzka...o...o...sada... – wyjąkała struchlała Foczka.
–    Tak – upewnił wszystkich Wąchacz. – Domy ze skór, żarzące się połamane patyki, przy których siedzą dwunożni, by się ogrzać...
–    Ogniska – podpowiedziała Marika. Wąchacz przytaknął:
–    Tak, chyba słyszałem już kiedyś tę nazwę. Stado reniferów i psy, ci zdrajcy, pilnujący domostw i jedzenia. Psy są niebezpieczne, pracują dla dwunożnych i trzeba na nie bardzo uważać. Prawie mnie złapały w swe kły, ale na szczęście udało mi się zbiec.
–    Mówiłeś wcześniej coś o jedzeniu... – przypomniał mu Bazyli.
–    O tak! – oblizał się Wąchacz. – Jest tam olbrzymia ilość mięsa! Ludzie zabijają renifery i rozwieszają mięso na patykach przed domem. Najadłem się, och, mówię wam! Pycha! Wystarczy tylko zakraść się, tak by nie wyczuły cię te psie stwory i macie tyle mięsa ile tylko dacie radę unieść ze sobą! Aż ślinka mi cieknie na samo wspomnienie tych smakołyków! – Tu piesiec wbił wzrok w Bazylego i powiedział na zakończenie:
–    Musicie wybrać się ze mną! Zostawcie te ryby. Czeka na was prawdziwa niedźwiedzia uczta!
Rewelacja, którą przedstawił Wąchacz spadła na zwierzęta tak nagle, że nie wiedziały co odpowiedzieć. Nawet Marika, która wielokrotnie wyobrażała sobie spotkanie z ludźmi, straciła animusz. Nie spodziewała się, że ludzka osada znajduje się aż tak blisko. Piesiec wspomniał, że nigdy nie widział w tych stronach dwunożnych. W takim układzie, musieli przybyć z południa stosunkowo niedawno. Co ich zagnało w te nieprzyjazne dla człowieka tereny? Marika pamiętała, jeszcze ze szkoły, że ludzie, nazywający się Inuitami, zamieszkiwali tundrę i tajgę. Tak nazywała obszary okołobiegunowe pani na lekcjach geografii. Tajgę porastały lasy, tundra zaś była trawiastą równiną, zimą w całości pokrytą śniegiem. Oboje z Bazylim nie wiedzieli nic o ludach Północy. Kim byli, jak żyli i czy niedźwiedzie nie muszą się niczego obawiać z ich strony? Nie sposób było odpowiedzieć jednoznacznie na kłębiące się w głowie pytania.
Bazyli, aż wyrywał się do nowej przygody. Wolał jednak polować, niż okradać ludzi i uciekać przed ujadającymi psami. Coś w środku podpowiadało mu, że łatwe łupy nie są godne prawdziwego niedźwiedzia. Na dokładkę, jego zdziczała natura obawiała się konfrontacji z człowiekiem. Dobrze utrwalił sobie słowa wygadanej alki. Ludzie nie byli sprzymierzeńcami zwierząt.
Foczka jako jedyna bez wahania oceniła całą sytuację. Dwunożni, to straszliwe potwory, których należy wystrzegać się za wszelką cenę! Widząc, że przyjaciele namyślają się, wpadła w lament i wszelkimi możliwymi argumentami starała się odwieść ich od tego pomysłu.
Z kolei piesiec, który potrzebował kompanów do kolejnej akcji w osadzie dwunożnych, rozzłościł się słysząc żałosne focze wywody:
–    Nikt cię nie pyta o zdanie, tłuściochu. I tak nie pójdziesz z nami!
–    Bazyli, powiedz mu, żeby się do mnie nie odzywał! – nastroszyła się foka.
–    Uspokójcie się natychmiast. Oboje. Pójdziemy teraz z Mariką się naradzić. Dopóki nie podejmiemy decyzji, chcemy zostać sami. Czy to jasne? – Tak, jasne. Foka i Wąchacz pokiwali głowami. Gdy rodzeństwo mogło już bezpiecznie rozmawiać, Marika zapytała:
–    I co sądzisz o pomyśle Wąchacza?