gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

TAJEMNICA WĄCHACZA c.d.

cz. 8

gallery/przygoda4 600x900png

–    Uspokójcie się natychmiast. Oboje. Pójdziemy teraz z Mariką się naradzić. Dopóki nie podejmiemy decyzji, chcemy zostać sami. Czy to jasne? – Tak, jasne. Foka i Wąchacz pokiwali głowami. Gdy rodzeństwo mogło już bezpiecznie rozmawiać, Marika zapytała:
–    I co sądzisz o pomyśle Wąchacza?
–    Sam nie wiem... To kusząca propozycja. Tutaj umieramy już z nudów... Mamy jedzenia w bród, fajnych przyjaciół, ale wolałbym przeżyć jakąś przygodę, niż obrastać w sadło. A jak ty się na to zapatrujesz, siostrzyczko?
–    Wiesz, właściwie dobrze się złożyło, bo już dawno chciałam z tobą o czymś porozmawiać. Od jakiegoś czasu chodzi za mną myśl, by odnaleźć ludzi. Tu jest bardzo miło, ale... – przerwała, westchnęła, zebrała się w sobie i wyrzuciła, to co męczyło ją od tygodnia. – To nie jest nasze miejsce, Bazyli. Nie jesteśmy prawdziwymi niedźwiedziami i...
–    Ciii... – uciszył ją szybko. – Ktoś może nas usłyszeć. Nawet pod lodem znajdą się uszy żądne sensacji.
–    Przepraszam, nie pomyślałam – zreflektowała się i dodała nieco ciszej – Uważam, że musimy spróbować dostać się do ludzi i może wtedy znajdzie się sposób na to, by wrócić do domu.
–    Ale jak chcesz to zrobić? Wyglądamy jak niedźwiedzie. Jak bestie. Sądzisz, że ktokolwiek nas zrozumie? Że ktokolwiek uwierzy w nasze dobre intencje? Przypomnij sobie, co mówiła alka. Jak skończyła się historia o niedźwiedziach, które tu żyły.
–    Pamiętam. Ale to zdarzyło się wieki temu. Ludzie się zmienili, sam wiesz. Niedźwiedzie polarne są pod ochroną, nie wolno na nie polować. Uczyliśmy się przecież o tym na biologii. Teraz ludzie opiekują się zwierzętami. Nikt nas nie skrzywdzi, Bazyli.
–    Zwierzęta mają inne zdanie...
–    Foczka i alka! Foczka boi się, ale tak naprawdę nie wie czego. Nasłuchała się przerażających opowieści o ludziach i teraz drży za każdym razem, gdy usłyszy o nich choćby wzmiankę. A alka to po prostu ptasia plotkara. Musimy mieć więcej rozumu, niż zwierzęta. Mówię ci, wędrówka do ludzkiej osady, to nasza jedyna szansa!
–    Może masz rację...
–    Wiem, że mam.
–    W porządku. Czyli wszystko jasne. Pogadam z Wąchaczem, postaram się dowiedzieć jak najwięcej o osadzie i jego wyprawie. Im szybciej wyruszymy tym lepiej. A ty wytłumacz Foczce, co i jak.
Marika posmutniała:
–    Foczka nie będzie zadowolona, gdy się dowie. Mnie również ciężko się z nią rozstać. Czy naprawdę nie może pójść z nami?
Bazyli pokręcił głową:
–    Niestety, wiesz, że to niemożliwe. Nie zaszłaby daleko. Będzie mogła odprowadzić nas, płynąc pod lodem, ale gdy przejdziemy na stały ląd, nadejdzie czas, by się pożegnać.
Marice zalśniły oczy.
–    Nie smuć się. Wiem, że Foczka to wspaniała, wierna przyjaciółka, ale jeśli chcesz odczarować nasz los, to musisz być silna. Może kiedyś jeszcze ją spotkamy, kto wie?
–    Tak, rozumiem. Ale to bardzo trudne.
–    Rozstania są zawsze trudne, lecz niestety, czasami konieczne. Będzie dobrze, zobaczysz! A teraz chodźmy, czekają na nas.
Wolnym krokiem, zaczarowane misie wróciły na umówione miejsce. Oczywiście już z daleka rozchodził się pogwar kłótni między foczką a pieścem. Bazyli przewrócił oczami:
–    Tych dwoje nigdy się nie nauczy, jak żyć w zgodzie. – Siostra parsknęła śmiechem. Oboje wiedzieli, że mimo ciągłych walk słownych, zwierzęta przyzwyczaiły się do siebie i polubiły, choć żadne nie przyznałoby się do tego otwarcie.
Widząc z daleka powracających kolegów, uciszyły się nieco, pomrukując jeszcze przez zęby: "Ty się nie znasz". "Nie, bo ty!" "Co ty tam wiesz, tłusta kiełbacho". "Na pewno więcej, niż ty potargańcu". "Cicho, bo idą, z dobrymi wiadomościami dla mnie". "Chyba dla mnie!"
Gdy misie podeszły do zwierząt, Bazyli nie chcąc ich trzymać w niepewności, od razu przeszedł do rzeczy:
–    Podjęliśmy decyzję. – Zarówno Foczka jak i Wąchacz, wstrzymali oddechy. – Wąchaczu – Bazyli zwrócił się do pieśca – idziemy z tobą.
–    O, nie! Obiecaliście! – jęknęła Foczka i zalała się rzewnie łzami. Marika podeszła do niej i przytuliła się do jej mokrego łebka.
–    Tak trzeba, droga przyjaciółko. Musimy ruszać w dalszą drogę.
Piesiec, czego można było się spodziewać, fikał koziołki, tarzał się w śniegu i machał na wszystkie strony puchem swojego ogona.
–    Huuuraaa! – szalał ze szczęścia. – Huuuraaa! – podnosił rwetes, aż się kurzyło.
–    Hola! – śmiał się Bazyli, strząsając nadmiar śniegu po tej minizawiei. – Nigdzie nie pójdziemy, dopóki nie omówimy dokładnie planu naszej wędrówki. Jeśli dobrze to zaplanujemy, będziemy mogli wyruszyć już jutro.
–    Jutro?!! – wykrztusiła zapłakana Foczka. – Jak to jutro?! Zostańcie chociaż parę dni! Co ja tu sama pocznę? – i rozpłakała się nie na żarty.
Marika przemówiła tkliwie:
–    My też będziemy za tobą tęsknić, kochana Foczko. Nie będziesz jednak sama. Mnóstwo fok stale przypływa na nasze wybrzeże. I wiesz co? Na pewno jeszcze się spotkamy. Być może wcześniej, niż się nam wydaje. Kto wie, co zastaniemy na miejscu? Jeśli nam się nie spodoba, szybko wrócimy!
–    To trochę pocieszające – przyznała Foczka. Otarła łzy, pociągnęła parę razy nosem i nawet spróbowała się uśmiechnąć. Póki istnieje nadzieja, nie ma się co zamartwiać. Usiadły, przytulone, tylko we dwie, rozmawiając o tych rzeczach, o których jeszcze nigdy nie miały okazji pomówić. Tymczasem Bazyli i Wąchacz przygotowywali się na odważną eskapadę do wioski dwunożnych. Niebo pociemniało od gęstych, sinych chmur. Nadciągała zadymka, a wraz z nią, czas zmian.
 

WYPRAWA

Ekipa od dwóch dni była w podróży. Daleko w tyle pozostawili norkę pieśca oraz wysłużone legowisko dziadka. Lodowe pustkowie srebrzyło się i gwizdało. Wiatr, raz po raz, wzbierał tumanami śnieżnego pudru, rozsypując, posypując, przesypując zaspy, przez które brnęli wytrwali wędrownicy. We wszechogarniającej bieli próżno by szukać śladu pożywienia. Zwierzęta jednak przygotowały się na to. Niosły ze sobą spore ilości tłuszczu, które zapobiegliwie zgromadziły, zjadając obfite posiłki na wybrzeżu. Dzięki temu, mogły przemieszczać się energicznie, przez wiele dni, nie przejmując się głodem czy osłabieniem. Noce przesypiały pod gołym niebem, oszczędzając sobie kłopotu żmudnego wykopywania jam. Przyzwyczaiły się do łańcuchów gwiazd czuwających nad głowami. Opiekuńczych świateł i drogowskazów asystujących im w czasie wyprawy. Gdy świt przełamywał ciemności, z nadzieją wypatrywali smugi na horyzoncie. I udało się! Pewnego ranka dostrzegli to, o czym opowiadał Wąchacz. Na wybielonym nieboskłonie kontrastowała szara połać. Zbliżali się do celu. Z nowymi siłami, rozpoczęli ostatni etap wędrówki.


Ustalili, że jeśli dotrą do ludzkich siedzib za dnia, pozostaną poza zasięgiem węchu. Nocą zaś, gdy wszyscy pójdą spać, od razu zakradną się i wybadają sytuację.


Słońce kłaniało się ku zachodowi, gdy woń świeżego mięsa połechtała ich nozdrza. Z daleka, przy domostwach uwijały się malutkie postacie, reny rżały w zagrodach, a delikatne smużki dymu, wydobywające się z dachów, spowijały osadę. Było coś rodzimego i przyjaznego w tej oazie ciepła, wyrosłej wśród wiecznej zmarzliny Arktyki. Zwierzęta ulokowały się na pobliskim wzniesieniu, skąd miały doskonały punkt obserwacyjny. Same, skulone, niczym grudki śniegu, były niedostrzegalne dla dwunożnych i ich wiernych łajek. W spokoju mogły teraz odpocząć i przypatrzeć się życiu osady.


Miejsce nie przypominało wioski, raczej obozowisko. Domy wyglądały, jak namioty. Wielkie, okryte skórami, z otworem u góry, przez który wylatywał dym. Przed namiotami stało pełno sań, paleniska z gotującymi się garnkami, a przede wszystkim, żerdzie, na których wisiały skóry i płaty mięsa z reniferów. Widocznie ludzie urządzili niedawno ubój, gdyż w powietrzu unosił się zwietrzały zapach krwi. Obok domostw znajdowała się spora zagroda dla stada reniferów. Ludzie krzątali się wokół dobytku. Jedni naprawiali i ostrzyli swoje narzędzia, inni nabierali do wiader śnieg i wrzucali do gotujących się kotłów. Niedźwiadki skojarzyły, że w ten sposób przygotowują wodę pitną. Reszta musiała wykonywać prace domowe, gdyż wraz z dymem unosiły się smakowite zapachy gotowanego mięsa i pieczonego ciasta, wymieszane z ostrzejszym aromatem suszonych ziół i korzonków. Robiło się szaro, więc dwunożni dokończywszy robotę, zniknęli we wnętrzach skórzanych namiotów. Marikę bardzo ciekawiło, jak też wygląda taki dom w środku. Do jej nosa dotarł jeszcze jeden mocny bodziec, zapach parzonej herbaty. Nadszedł czas kolacji. Obejście jednakże nie opustoszało zupełnie. Tu i ówdzie biegały psy, poszukując zakopanych gnatów. Przypominały małe wilki. Biało–czarne i biało–rdzawe, wyszczekane, z zabawnie podkręconymi ogonami. Nie wyglądały na groźne.


Wieczorem zrobiło się wesoło. Od strony osady dobiegał śmiech, gwar rozmów, śpiew i muzyka. Raz po raz, ktoś uchylał połę namiotu, wyskakiwał, zataczał tanecznie kółko i wbiegał ze śmiechem do buchającego światłem domu. Obozowisko jaśniało niczym zorza na tle granatowego zmierzchu. Lecz powoli, powoli, gasły lampy i ogniska, stopniowo nastawała wieczorna cisza. W mroku zawył do księżyca pies. Ucichło. Zwierzęta odczekały jeszcze chwilę i gdy upewniły się, że wszyscy śpią, opuściły kryjówkę, zjeżdżając na grzbietach po stoku. Ostrożnie zakradły się pod żerdzie z mięsem. Coś stuknęło, zaskrzypiało. Rozglądnęli się bacznie, lecz dookoła panował nieruchomy, ciemny spokój. Bazyli stanął na tylnych łapach, przednimi tarmosząc żerdzie, pacnął kilkakrotnie i kawały mięsa, buch–bach, spadły w śnieg. Znów coś skrzypnęło, jakby kroki na śniegu. Zwierzęta zamarły. Czyżby ktoś czaił się w mroku? Nic się jednak nie poruszyło, więc zwierzęta, rozluźniły się i z powrotem dobrały do łupów. Bazyli zrzucał mięsiwo, dopóki nie zdecydował, że więcej nie uniosą. Piesiec obwąchiwał i liczył sztuki. Marika, stała na uboczu i przebierała z niecierpliwości łapami. Nagle wzdrygnęła się. W niesamowitej ciszy nocnej zdało się jej, że słyszy czyjś stłumiony oddech. Przez moment, zza jednego z namiotów błysnęły ślepia. Nie, musiało jej się przywidzieć. Ludzie i psy wciąż spały. Poczuła się jednak nieswojo. Na szczęście akcja dobiegła końca. Każde z nich chwyciło zdobycz w zęby i pognało przed siebie, do okopów na wzgórzu.


Bezpieczni, nie czekając dnia, łapczywie poczęli rozrywać mięso, chrzęścić rozłamywanymi kośćmi, mlaskać i wysysać tłuścinkę, która stanowiła największy przysmak. Niedźwiedzie, dotąd żyjące na rybnej diecie, wprost pożerały kawałki renifera, odkrywając krwistą świeżość surowego mięsa. Po każdym kęsie, utwierdzały się w przekonaniu, iż nie ma nic lepszego nad czerwone mięso. Raz posmakowawszy tego rarytasu, nie wyobrażały sobie, by kiedykolwiek mogły jeść coś innego. Najadłszy się, zwierzyły się ze swych myśli Wąchaczowi, dziękując przy okazji za wspólna wyprawę. Wąchacz oblizał pysk i z błogością poklepał się po brzuszku:
–    A nie mówiłem? Trzymajcie się mnie, a daleko zajdziecie. Renifery są dobre na początek. Jednak to nic w porównaniu z foczym tłuszczem... – urwał, gdyż Bazyli wydobył z siebie basowy pomruk niezadowolenia. Podjął więc delikatnie – Nie mówię o waszej przyjaciółce, jeśli się tak bardzo upieracie. Ale są inne, nieznane foki, na które możemy polować. Raz towarzyszyłem pewnemu niedźwiedziowi. Miał już swoje lata, lecz wciąż krzepę w łapach i niezłą technikę. Potrafił siedzieć godzinami przy przerębli, a gdy tylko pojawił się foczy łeb, szach–mach i po sprawie. I nigdy nie chybiał! Powiem wam, że to były dla mnie tłuste czasy... – tu rozmarzył się odpływając we wspomnienia. Marika i Bazyli tym razem zmilczeli. Nie mieli ochoty na dyskusje, woleli delektować się ciepłem jakiego dostarczyła im pożywna kolacja. Niedługo potem, zwinięci w kłębki, zasnęli.


Marika kręciła się niespokojnie. Miała dziwne sny. O mamie, Foczce i Białej Niedźwiedzicy. Potem jakiś cień gonił ją przez śniegi. Uciekała, uciekała, czując, że to coś zbliża się nieuchronnie, dogania i zaraz pochwyci. Krzyknęła ze strachu i ocknęła się. Kremowo–różowa mgła spowijała wzgórza, blady przedświt przenikał przez warstwy gęstych nocnych chmur. Nieskalana cisza wygładzała kontury krajobrazu. Chrrrrppp! No, prawie nieskalana. Bazyli i Wąchacz spali twardo, jak kamyki, pochrapując na zmianę. Odetchnęła z ulgą. Spojrzała w dół, osada też jeszcze spała. Marice przyszła do głowy szalona myśl. A gdyby tak zejść na dół i na chwilkę zajrzeć do namiotu. Spojrzałaby tylko ten jeden jedyny raz. Nikt by się nie dowiedział...