gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

WYPRAWA c.d.

cz. 9

gallery/przygoda4 600x900png

Nie zastanawiając się długo, ześlizgnęła się cichutko po zboczu. Serce tłukło w jej piersi, lecz nie zawróciła. Miękkim truchtem zbliżyła się do obozu. Z lekkim wahaniem wybrała pierwszy z brzegu namiot. Dotknęła czubkiem nosa miejsca, gdzie skóry łączyły się w wejście. Tylko zerknie. Popatrzy, co jest w środku i zaraz wróci do kryjówki... Ostrożnie rozchyliła płachtę i wsunęła głowę do środka. Promień wschodzącego słońca oświetlił pachnące skórą i łojem wnętrze. Dosyć obszerne, przedzielone na pół, mieściło łóżka kryte wzorzystymi zasłonami, na których wśród futrzastych kołder leżeli ludzie, o lekko skośnych oczach i rumianych policzkach. W osobnym kącie stał żelazny piec z krętą rurą uchodzącą do otworu w górze namiotu. Obok stał niski stolik, z resztkami kolacji i niedopitą herbatą. Ściany namiotu wyłożone były ikonami świętych, garnkami i kwiecistymi chustami. Zwisające z każdego kąta lampki łojowe pogasły, ozdabiając... Hyy!.. Odskoczyła jak oparzona. Ktoś czaił się za jej plecami! Dziwny pan! Poznała go od razu, choć twarz skrywała mu opończa. Jego czarna postać broniła przejścia, a świdrujące oczy, przeszywały Marikę na wylot.
–    Znowu się spotykamy, dziewczynko! – Drgnęła, słysząc po raz pierwszy jego ochrypły, nieprzyjemny głos. – Teraz mi nie uciekniesz! – syknął przez zęby, postępując krok naprzód. Szponiaste dłonie wynurzyły się spod opończy, gotowe do ataku. I w jednej chwili czarna postać rzuciła się w stronę Mariki. – Ratunku! – zawyła przerażona. Jej krzyk momentalnie wybudził osadę. Zgraja psów zerwała się raptem, ujadając wściekle na intruzów. Rozpętało się piekło. Zwierzęta w zapamiętaniu, skakały, szarpały, warcząc i walcząc zaciekle. Zrobił się tumult nie do opisania. Płaty śniegu darły się, jak pierze, kręcąc młynka wraz z kłębiącą się masą futra, kłapiących szczęk i zajadłych oczu. Ludzie, uzbrojeni, wylegli przed namioty. W tym momencie, dziwny pan, nie mogąc poradzić sobie z dziką hałastrą, w mgnieniu oka, zmienił się w potężnego wilka. Ludzie, widząc to, z bojowymi okrzykami, natarli na czarną bestię, raniąc ją oszczepami, kijami i czym kto miał pod ręką. Marika, instynktownie, wykorzystała sytuację, przedarła się przez plątaninę rąk, łap, krzyku i ujadania, i popychana strachem, puściła się pędem w stronę wzgórz. Czarny wilk, spostrzegłszy jej ucieczkę, rozwarł olbrzymie szczęki. Zalśniła biel przerośniętych kłów, zwęziły się przekrwione żółtawe ślepia. Ludzie i zwierzęta cofnęli się odruchowo przed straszliwą bestią, ta zaś, w tył zwrot, rzuciła się za galopującą w oddali ofiarą. Marika zacisnęła zęby i biegła ile tchu. Głęboka rana na tylnej łapie znaczyła trop na czerwono. Byle do wzgórza, byle do wzgórza! Lecz czarny wilk leciał już jej śladem, szybki i mocny, rozgrzany złością, dyszący obłędem. Krwiożerczy łowca.
–    Marika! – Dwie sylwetki, niedźwiedzia i lisa, zarysowały się na szczycie. Chciała odkrzyknąć, lecz głos uwiązł jej w suchym, zdławionym gardle. Wytężyła siły i biegła pod górę, nie oglądając się za siebie, nie odpoczywając. Jeszcze trochę, już niedaleko! Wilk zatrważająco zmniejszył między nimi odległość, deptał jej prawie po piętach. Czy to sen? Nie, wyraźnie czuła jego intensywny zapach. Jeszcze trochę! Da radę! Idą po mnie, zdążyła pomyśleć. Zalały ją zbiegające i wołające jasnoróżowe lawiny. –Marika! – Bezwładnie osunęła się na śnieg.
Gdy Bazyli i Wąchacz dobiegli na miejsce, wszystko ucichło. Z niewiadomego powodu uciekinierka musiała zboczyć z kursu, gdyż czarny wilk pognał na odległe lodowe pola. Chmura psów i ludzi puściła się pędem za nimi. Bazyli patrzył ze zgrozą, jak mały punkcik niknie mu z oczu, rozpływając się w śnieżnej, niedostępnej dali.
–    Mariko! – zaryczał. – Dlaczego to zrobiłaś?! – Wąchacz ze smutkiem pokręcił głową:
–    Odciągnęła uwagę wilka. Chciała nas uratować.
–    Nie ma czasu do stracenia. Biegniemy za nimi! – zdecydował Bazyli. – Przysięgam, rozszarpię ten czarny pysk na kawałki, jeśli tylko zrobi jej krzywdę!
W tej samej chwili Wąchacz skoczył w zaspę i zaorał ją nosem. Począł węszyć, fukać, prychać, coraz głębiej i głębiej, łapami w zapamiętaniu rozkopując śnieg.
–    Co jest?
Wąchacz, wciąż z pyskiem w śniegu, odpowiedział zduszonym głosem:
–    Ej, pomóż mi dokopać się pod zaspę. Coś tu czuję. – Niedźwiedź powąchał i faktycznie, coś leżało pod śniegiem i pachniało tak jakoś... to pachniało jak...
–    Marika?! – rzucił się do wykopywania. – Mariko, czy to ty? – Po chwili spod śniegu wychyliła się głowa jego siostry.
–    Biała Niedźwiedzica? – spytała nieprzytomnie.
–    Siostrzyczko, to my! Bazyli i Wąchacz! Poznajesz nas? Leżałaś w zaspie. Jak się czujesz?
–    Widziałam Białą Niedźwiedzicę...
–    Wszystko już dobrze, siostrzyczko. Zesłabłaś z upływu krwi.
–    Czy wy też ją widzieliście? – dopytywała się spoglądając na nich mętnymi oczami.
–    Nie, kochana, nie było tu żadnej niedźwiedzicy. Przez moment myśleliśmy, że cię straciliśmy, ale widocznie spadłaś w zaspę i to cię uratowało. Jak twoja łapa? – Marika poruszyła nią powoli:
–    Lepiej. Prawie nie boli.
–    To dobrze. Teraz odpoczywaj.
–    A czarny wilk?
–    Zmylił trop i pognał w inną stronę. A za nim ludzie. Nie martw się, nie znajdą nas.
Wąchacz pobiegł na szczyt pagórka. Po chwili wrócił niosąc w pysku tłusty kawał mięsa, który zakopali na zapas.
–    Jedz – podsunął Marice.
–    Dziękuję. Dla was też wystarczy – zapewniła, więc przyłączyli się i jedli wspólnie, pilnując, by ranna dostała najtłustszą i najkrwistszą część. Po posiłku, Marika poczuła się na tyle dobrze, że postanowili zebrać się natychmiast w drogę. Żadne z nich nie miało ochoty pozostawać tu ani minuty dłużej. Czarny wilk mógł powrócić. Cudem ocaleni, nie chcieli kusić losu. Dość było im przygód, marzyli o powrocie na wybrzeże.
Po drodze Marika opowiedziała o spotkaniu z dziwnym panem, o jego słowach i przeobrażeniu w wilka. Nikt nie skomentował jej nieodpowiedzialnej wycieczki do osady. I bez tego wyrzucała sobie, że przez głupotę wystawiła całą grupę na niebezpieczeństwo. Zastanawiano się natomiast, kim jest dziwny pan i dlaczego chciał złapać Marikę. Rzecz jasna rodzeństwo pominęło kilka istotnych szczegółów. Zmierzch kładł się cieniem na widnokręgu, jednak zwierzęta nie zatrzymywały się. Straciły zaufanie do śnieżnego pustkowia. Najlepiej zrobią, jeśli jak najszybciej wrócą do swoich. Tu, na otwartej przestrzeni, nie czuły się zbyt bezpiecznie. Mimo, że wracali tą samą drogą, teraz wydawała się odmieniona. Gdzieś w oddali majaczyła jasna plamka, migając zmęczonym oczom, to tu, to tam. Nikt nie przypominał sobie, by na tym terenie stał jakiś szczyt. Spadająca gwiazda? Nie, to nie miało sensu. Jasna plama powiększyła się i zaczęła świecić. Wyglądało, jakby płynęła w ciemności, dokładnie w ich stronę. Zwierzęta przystanęły, wahając się co zrobić. Gdy światło zbliżyło się do nich, usłyszeli krystalicznie czysty, łagodny ton:
–    Nie bójcie się. Podejdźcie.
Marika drgnęła. Gdzieś już słyszała ten głos, szepnęła:
–    To Biała Niedźwiedzica.
–    Teraz wszyscy mamy zwidy – bąknął niepewnie piesiec.
–    Podejdźcie, proszę – powtórzyło łagodnie światło. Zwierzęta, urzeczone, postąpiły naprzód. Gdy podeszły bliżej, światło zaczęło przygasać, a w jego miejsce pojawił się kształt wielkiej Niedźwiedzicy, bielszej od śniegu. Dostojna i potężna, patrzyła na nich dobrym i zarazem smutnym wzrokiem.
–    Mariko, Bazyli, wasza mama się o was martwi. – Niedźwiadki zwiesiły głowy. Było im wstyd, że Biała Niedźwiedzica zna prawdę. Stali więc oczekując nagany. Niedźwiedzica jednak uśmiechnęła się tylko i rzekła – Lecz nie po to przychodzę. Pokaż łapę, Mariko, zobaczymy co da się z tym zrobić. – Ku ich zaskoczeniu, wybadała nosem zranioną łapę, polizała ciepłym językiem i na ich oczach, rana zasklepiła się, nie pozostawiając śladu.
–    Och! – jęknęli.
–    Dobrze. Teraz posłuchajcie mnie uważnie. Musicie natychmiast zawrócić. Ta droga jest już dla was zamknięta.
Czary czarami, Bazyli postanowił zachować trzeźwość umysłu:
–    Ale jeśli zawrócimy, wpadniemy w łapy wilka! – Niedźwiedzica zwróciła się doń łagodnie, lecz stanowczo:
–    Musicie mi zaufać.
–    Jak dostaniemy się na wybrzeże? Chcemy zobaczyć naszych przyjaciół.
–    Nie martwcie się i na to przyjdzie czas. Przyjdzie czas. Czas.... – echo głosu odbiło się w ich uszach. Postać Niedźwiedzicy nieco przybladła.
–    Zaczekaj! – krzyknął Bazyli. – Dokąd mamy iść? – Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Nim się spostrzegli, kształt niedźwiedzicy zamazał się i zaczął oddalać, pulsując światełkiem w mroku, aż znikł zupełnie, jak piękny sen. Zostali sami.
Wąchacz, który przez całą rozmowę stał jak skamieniały, bojąc się oddychać, teraz ziuuum... buchnął, jak długi, w śnieg.
–    Dobra, ja mam dość na dziś tych cudów. Boję się co mi jeszcze spadnie na łeb z nieba, albo wyskoczy spod zaspy... – Poleżał chwilę, a gdy nikt się wciąż nie odzywał, podskoczył ku niedźwiadkom i spytał:
–    A ona była prawdziwa? Może to jakieś omamy ze zmęczenia? Pokaż, naprawdę wyleczyła ci łapę? – Marika podniosła łapę, równie zdrową, jak pozostałe i przeszła się tam i z powrotem.
–    Tak! W ogóle mnie nie boli – roześmiała się. Bazyli zerknął na ten niezaprzeczalny dowód, lecz nie rozchmurzył czoła.
–    To co? Zawracamy? – Wąchacz i Marika, stali gotowi do drogi, spoglądając na Bazylego. – Co ci jest? Wstawaj, idziemy.
–    Poczekajcie – przystopował ich. – Czy całkowicie straciliście głowy? Chwila postoju i ruszamy dalej. Przed siebie.
–    Ale, Bazyli. Niedźwiedzica powiedziała...
–    Co powiedziała? Że mamy zawrócić? Myślcie logicznie. Musiałbym być głupi, żeby dobrowolnie pchać się wilkowi w paszczę.