gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

WYPRAWA c.d.

cz. 10

gallery/przygoda4 600x900png

–    Wiem, że to brzmi dziwnie, ale ja jej wierzę.
–    Ja też.
–    Już raz nas uratowała. Tam na wzgórzu.
–    Przyśniło ci się. Upadłaś w zaspę. Skąd wiecie, że można jej zaufać? Trzeba kierować się rozsądkiem. Niepotrzebne nam czary. Pójdziemy tak, jak zaplanowaliśmy.
–    Bazyli!
–    Chyba, że wolicie spotkać się z wilkiem? – uniósł brew pytająco. Zwierzęta sposępniały. Serca czuły, że powinny posłuchać Białej Niedźwiedzicy, lecz nie potrafiły wytłumaczyć dlaczego. Bazyli nie dał się omamić. Dziwny pan był straszny i przede wszystkim musieli uciekać. I tak mieli dużo szczęścia. Marne szanse, że przeżyliby kolejne starcie z czarnym wilkiem.
–    W porządku – westchnął Wąchacz. – Nie będziemy ryzykować. Idziemy zgodnie z planem.
Marika spojrzała na nich z wyrzutem. Zerwała się i pobiegła przed siebie. Wąchacz chciał za nią gonić, lecz Bazyli powstrzymał go:
–    Zostaw. Przejdzie jej. – Wąchacz pokręcił się, umościł na śniegu, zamknął oczy i spróbował zasnąć. Ocknął się, słysząc ciche kroki.
–    Marika, to ty? – Nikt nie odpowiadał. Może wciąż była obrażona... Nie zdążył dokończyć myśli, gdy wtem, z nieokreślonej ciemności, wyskoczył olbrzymi cień. Przeleciał, jak błyskawica i lądując z impetem, masywną łapą przygwoździł go do podłoża.
–    Mam was!
Obalony, podduszony Wąchacz zaskowyczał :
–    Pomoocyyy.... – to wystarczyło! Bazyli zerwał się na równe nogi. Szybko ogarnął sytuację i rzucił się na ratunek. Bez wahania, wbił się zębami w bok czarnego wilka i wczepił tak mocno, że ten nie mógł go strącić. Bestia zaczęła się miotać, zziajana i wściekła. Ślepia pałały jej żywym ogniem. Widać było, że żarty się skończyły. Uniosła się na wielkich łapach, próbując zrzucić z siebie niedźwiedzia, lecz ten uwiesił się i zahaczywszy pazurami, zaczął zbliżać się niebezpiecznie do szyi potwora. Instynktownie wyczuwał, że tam właśnie jest miejsce, za które powinien chwycić, by obezwładnić przeciwnika. Tymczasem uwolniony Wąchacz, nie namyślając się, złapał za olbrzymi kosmaty ogon i zaatakował bestię z drugiej strony. Dał susa, przebiegł po grzbiecie, wskoczył na łeb i zaczął okładać go łapami po ślepiach. Wilk kręcił łbem zaciekle, otrząsał się, aż piana szła mu z pyska. Nic to jednak nie dało. Napastnicy wczepili się jak kleszcze. I stawali się coraz zapalczywsi. Zaślepieni, nie zważali już na to gdzie i w jaki sposób uderzają. Krew wciskała im się do ust, zabarwiała ich śnieżnobiałą sierść na czerwono. W ferworze walki, ciężko było rozróżnić krwiożerczą bestię. Sekunda wystarczyła, by Bazyli jednym kłapnięciem wpił się w szyję przeciwnika. Obaj, niedźwiedź i piesiec, zdążyli jeszcze zeskoczyć, nim wielkie cielsko, z hukiem, zwaliło się na zlodowaciałą ziemię. Wilk leżał, charcząc i dysząc, lecz wciąż żył.
–    Gdzie jest Marika! – krzyknął Bazyli, a w świetle gwiazd, jego czerwony pysk wyglądał strasznie.
–    Nie wiem – odkrzyknął Wąchacz, oddychając szybko po męczącej walce.
–    Tutaj... – cichy głos jęknął gdzieś za ich plecami. Odwrócili się, jak na komendę. Marika drżała niczym osika. – Widziałam wszystko, to było okropne!
–    Nie myśl o tym teraz. Odejdźmy stąd. Żałuję, że was nie posłuchałem. Niedźwiedzica miała rację. Wolałbym, żeby to się nie wydarzyło. Ale stało się. Zawracajmy.
–    Boję się, Bazyli – Marika wciąż stała w oddaleniu.
–    Nie bój się, nic ci nie zrobi. Leży bez sił.
–    Nie jego.
–    Mariko, co ty opowiadasz?
–    Strasznie wyglądasz, Bazyli. Krew ci kapie z pyska.
–    Przestań, to ja twój brat – zrobił ruch, jakby chciał podejść, lecz od razu cofnęła się ze strachem. Zaczęła łkać.
–    Nie wiem, Boję się. Może ty też zamieniłeś się w dzikiego potwora.
–    Mariko! Opanuj się. Nie miałem wyjścia. Gdybyśmy go nie pokonali, sami leżelibyśmy teraz w kałuży krwi. Rozumiesz? – pochlipując, kiwnęła głową.
–    Chodź tu do nas. Nic ci już nie grozi, siostrzyczko. – Podeszła z wolna. – Nie cofniemy czasu, ale obiecuję, że następnym razem bezwarunkowo posłucham waszej rady. Byłem zbyt pewny siebie.
–    No coś ty! – włączył się z entuzjazmem piesiec. – Jesteś bohaterem! Uratowałeś nas. Pokonałeś czarnego wilka! Pokazałeś jak walczą prawdziwe niedźwiedzie!
Bazyli uśmiechnął się cierpko.
–    A ty mi pomogłeś, przyjacielu. Bez ciebie nie dałbym rady. – Wąchacz, wyraźnie uradowany, fiknął kilka koziołków na śniegu. Gdy dał upust swojej radości, kiwnął w stronę wilka.
–    A co z nim? – Bazyli spojrzał na rozpłaszczoną czarną plamę.
–    Zostawimy go. I tak nic już nam nie zrobi.
Dopiero teraz zauważyli, że pojaśniało. Brzask witał ich złotymi rozbłyskami zza chmur. Rozświetlił drogę, jakby wskazując, którędy mają iść. Weszli na promienisty szlak i pełni nadziei powędrowali na spotkanie swojego losu.
Gdyby się obejrzeli, ujrzeliby jak czarne futro wilka zamienia się w szeroki płaszcz, a kudłaty łeb w kapelusz. Jak dziwny pan podnosi się, otrząsa ze śniegu, rozwija poły płaszcza niczym olbrzymie skrzydła i łopocząc złowieszczo na wietrze, odlatuje za horyzont. Ale oni szli dalej, tam, dokąd prowadziło ich światło, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że wkrótce drogę przetnie im nabity krami pas morza. A tam czekać ich będzie kolejna niesamowita przygoda.
 

CAŁA NAPRZÓD!

Z początku pomyśleli, że zatoczyli krąg i trafili na dawną miejscówkę. Okolica do złudzenia przypominała wybrzeże fok. Różnicę stanowiły pustka i cisza, a teren wydawał się całkowicie wymarły. Niedźwiedzie postanowiły wykąpać się w morzu i przegryźć co nieco. Piesiec wybrał bezpieczny ląd. Pokruszone kawałki lodu ciągnęły się szerokim pasmem i sięgały daleko, daleko, stopniowo przeobrażając się w otwarte morze. Rodzeństwo chlupnęło w wodę i przez pewien czas unosiło się na odłamkach lodu, pływając po powierzchni. Woda była cudowna, delikatnie obmywała ich zmęczone długą wędrówką ciała. Gdy zrelaksowali się, spróbowali zanurkować i popłynąć dalej, w poszukiwaniu jedzenia. Płynęli i płynęli to w mgłach, to w przezroczystościach, lecz woda zdawała się być tak samo pusta jak ląd. Zanurkowali jeszcze głębiej, odgarniając aksamitne fałdy wody, lecz i tam lśnił jedynie rozproszony fitoplankton. Marika otworzyła pysk i napiła się tej rozrzedzonej, świetlistej zupy. Tfu, tfu, tfu! A fuj, obrzydlistwo! Prychając, wynurzyła głowę, by zaczerpnąć tchu. Brat podążył za nią.
–    Tu nic nie ma. Dam znać Wąchaczowi i wypłyniemy dalej w morze. – Bazyli znikł pod wodą, po chwili był z powrotem i płynęli łeb w łeb przez nienaruszoną, krystalicznie czystą strukturę akwenu. Nurkowanie sprawiało im radość. Woda odciążyła ich misiowate ciała, toteż poruszali się z łatwością. Bez kłopotu wytrzymywali pod wodą długie minuty, wynurzając się, dotykali czubkami nosów kłębiastego powietrza i znów uciekali pod warstwę piany i fal. Wymyślili grę: kto pierwszy złapie rybę, ten zwycięża. Bazyli wystrzelił, jak torpeda i na moment znikł siostrze z oczu. Marika z uśmiechem popłynęła za nim. Nie minęło pięć minut, gdy spostrzegła go znów, przebierającego łapami w jej stronę. Dawał jakieś dziwne znaki, łapą pokazując powierzchnię. Strzałą popłynął w górę, a zaintrygowana Marika, za nim.
–    Chyba wygrałem... – nie był to jednak okrzyk radości. Bazyli dygotał, jakby nagle zrobiło mu się bardzo zimno. – Tam jest... jest ryba! Ryba–gigant! Albo wieloryb! Widziałem olbrzymi ogon w wodzie. Od razu wyprułem. Zwijajmy się z powrotem do brzegu. – Spojrzał na Marikę, lecz ta miała oczy okrągłe jak dwa pieniążki i nieruchomo wpatrywała się gdzieś poza niego.
–    B..bb..bazyli – wyjąkała. – Chyba nie zdążymy... – Wysoki, jak wieża strumień wody wystrzelił w niebo i lunął na ich głowy ciepłym deszczem. Jednocześnie masywne szczęki rozwarły się zasysając wodę wraz z całą jej zawartością. Misie poczuły, że znosi je wir wywołany przez ten wielki morski odkurzacz. Chwyciły się łapami, zamknęły oczy i nie widząc innego wyjścia spływały z prądem, jak drobinki fitoplanktonu wprost w paszczę olbrzymiej, jak góra maszkary. Spływając tak po wodnej ślizgawie nagle uderzyły o coś twardego. To ryba–gigant zawarła swoje paszczęki niczym zasieki i łypała wielkim okiem na uderzające o jej zębiska malutkie, bielutkie niedźwiadki. Woda zatrzęsła się od potężnych wibracji i nie wiadomo czy z morskiego wnętrza, czy z brzucha kolosa wydobył się fascynujący podwodny śpiew. Ciężki ryk rogu trytona wybrzmiał, przeplatając się z rozedrganą srebrzystością fletu. Fale pluskały, bombardowane różnymi kształtami i wysokościami tonów. A zahipnotyzowane niedźwiadki, unoszące się na muzycznych falach, już nie wiedziały, czy znajdują się pod morzem, czy w kosmicznej materii. Czy wokół nich krąży fitoplankton, czy odległe gwiazdozbiory. Czas i przestrzeń płynęły w nieziemskiej, tajemniczej melodii, a wraz z nimi kołysały się one, ukojone i nieważkie. W tym cudownie łagodnym półśnie do niedźwiadków dotarło znaczenie przedziwnych dźwięków. Ryba, a raczej wieloryb do nich mówił!
–    Malcy, co tutaj robicie? Przez przypadek mogłem was połknąć.
–    Jak mam mu odpowiedzieć, przecież nie da się mówić pod wodą? – pomyślała Marika.
–    Doskonale słyszę wasze myśli. Pluskają, jak fale. Wszystko w morzu jest falą. Po prostu pomyślcie coś, a ja od razu to usłyszę.
–    To jest wspaniałe! Nie wiedziałem, że tak można! – rozentuzjazmował się Bazyli. Waleń zagulgotał rozbawiony.
–    Jeszcze nie odpowiedzieliście na moje pytanie – przypomniał.
Bazyli szybko przesłał informację wielorybowi:
–    Szukamy ryb. Nasz kolega, piesiec, został na lądzie. – Usilnie starał się przy tym nie myśleć o ostatnich wydarzeniach. Niestety, obrazy same, jeden po drugim, wypływały, zataczały kręgi, docierając bezpośrednio do płatów czołowych wieloryba. Im usilniej Bazyli próbował je zatrzymać, tym szybciej ciąg zdarzeń wysnuwał się z jego głowy. Zawstydzony spojrzał na siostrę, lecz i ona wydawała się być zakłopotana. Waleń w milczeniu skupił się na odbiorze obrazów. Po nitce do kłębka, zwinął historyjkę w całość.
–    Ładne z was gagatki, nie ma co – odezwał się wreszcie.
–    Chyba to przesyłanie myśli nie jest jednak takie fajne – odpowiedział Bazyli.
–    Ho–ho–ho! Mój malcze. Owszem, bardzo użyteczne. Gdybyś żył tak długo jak ja, nauczyłbyś się je kontrolować. Wiele w was obrazów i emocji. Ale to dobrze! Nieźle żeście mnie ubawili. W zamian proponuję wam transport przez morze. Co wy na to?
–    Nie przeszkadza ci, że jesteśmy ludźmi?
–    Dla mnie jesteście zagubionymi stworzeniami. Pomogę wam. No już, wskakujcie na mój grzbiet.
–    Musimy wrócić po kolegę.
–    Zgoda. Poczekam tu na was. Mam czas. – Niedźwiadki patrząc na tę podwodną skałę, nie miały co do tego wątpliwości. Coś tak olbrzymiego musiało rosnąć dziesiątki, a może nawet setki lat. Przebywając w wodzie, wśród kołyszących się dźwięków, same straciły rachubę czasu. Zdawało im się, że minęły już długie godziny odkąd wypłynęły. Machnąwszy więc na pożegnanie, popłynęły czym prędzej w stronę lądu. Wąchacz kręcił się niespokojnie, gdy były już blisko, krzyknął:
–    Co tak długo! Już zaczynałem się martwić, że coś wam się znowu przydarzyło – spojrzał nieufnie w wodę. – I nie zdziwiłbym się, wygląda mętnie...
–    Właśnie przydarzyło. I to coś naprawdę niezwykłego! Zaraz się sam przekonasz. Wskakuj do wody.
–    O nie, nie! Na to mnie nie namówicie – zarzekał się Wąchacz. – Jeszcze żaden piesiec nie robił z siebie foki!
Marika próbowała go przekonać:
–    Nie bój się Wąchaczu, woda jest przyjemna.
–    Wcale się nie boję! Po prostu, po prostu... nie lubię być mokry, a poza tym nie ma to jak grunt pod nogami.
–    Czyli zostajesz?
–    Phi...Mogę zostać.
–    Pewnie cię to nie zainteresuje... ale spotkaliśmy dziś wieloryba i zaproponował nam kurs przez morze, więc...
–    Przejażdżka na wielorybie?!! – Wąchacz wybałuszył gały.
–    Takie tam nuudyyy.... – zbagatelizowała Marika.
–    Chyba żartujecie? Czemu od razu tego nie powiedzieliście...?!
Niedźwiadki śmiały się z jego dąsów:
–    Bo chcieliśmy ci zrobić niespodziankę!
Westchnął:
–    No, dobra! – Wziął głęboki wdech, zacisnął oczy i z kwaśną miną chlupnął w wodę. Kasłając i krztusząc się począł wierzgać łapami, rozbełtując wokół siebie istny kocioł.
–    Brr.. okrrropne, zzzimne, mokrrre...brrr – warczał parskając i wypluwając solankę. Gdy się jako tako ustatkował, rozbawiony Bazyli zapytał:
–    Płyniemy?
–    Płyniemy... Za nic nie przegapiłbym takiej okazji!
–    Byliśmy tego pewni! – zaśmiał się Bazyli. I popłynęli.
Wieloryb cierpliwie czekał, wypuszczając miarowe fontanny wydechu. Trochę trwało, zanim wszyscy usadowili się, jak należy. Skóra na grzbiecie olbrzymiego ssaka była chropowata, jak skała. Dodatkowo, powiązali sznury z wodorostów, po czym wspięli się na olbrzymie cielsko, chwytając mocno za końce uprzęży. Tak przygotowani, mieli nadzieję, że nie spadną w trakcie jazdy. Gdy dali znak, że są gotowi, uniósł ich bez najmniejszego wysiłku, prując fale niczym monstrualny okręt.
–    Jupiii! – zawył ze szczęścia Wąchacz. Czy mogło być coś wspanialszego od przejażdżki na wielorybie? Z początku płynęli łagodnie, w rytm wiatru, przeczesującego leniwie błękit. Niebo i woda rozciągały się szeroko, w nieskończoność, tak jakby ni z przodu, ni z tyłu, ani też z boków, nie było nic poza nimi. Świat przeobraził się w gazowo–płynną planetę. Ulotne biele i błękity zmieniały się w ciekłe topazy, łączyły z lazurami, spływając i mieszając się w akwamarynowym sosie. Do tej pory wal płynął tuż pod powierzchnią, grzbiet wynurzając z wody, tak że pasażerowie odnosili wrażenie, iż siedzą na pływającej wyspie. Znudziło mu się to najwidoczniej, gdyż z krótkim sygnałem: Trzymajcie się! odbił potężnym ogonem od głębiny, pofrunął wraz z piskiem w przestwór, zatrzymał na sekundę, zgiął w łuk i zanurkował ponownie, z głośnym pluskiem, wzburzając fale. Wynurzył się natychmiast i powtórzył numer jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem, gdy wzbijał w górę, zwierzaki piszczały, jak na wesołym miasteczku. Morska piana przyczepiała się do futerek, a oni bawili się wyśmienicie! Gdy tak skakali, na stonowanym niebie pojawiły się dziwne migotania. Nad ich głowami zalśniła kolorowa szarfa, opalizując i falując od różu po fiolet. Cały nieboskłon rozjaśnił się i roztańczył feerią barw. Jakby anioły uchyliły drzwi raju i wymknęły się, by pląsać przy świetle pierwszych gwiazd . Była to zorza polarna. Zwierzęta wgapiły się w cudo z otwartymi pyszczkami, nie mogąc, rzecz jasna, oczu oderwać od baśniowej scenerii. Nawet waleń zatrzymał się na moment, by uczcić magiczną chwilę, gdy słońce całuje się z niebem.
–    Nasz świat jest piękny! – szepnęła Marika. I te proste słowa, wypowiedziane w dziecięcym zachwycie, znaczyły więcej, niż jakikolwiek poemat czy modlitwa. Fantastyczne światła towarzyszyły im przez całą noc. Kaskadami spływały po firmamencie i wiły zielono–złote spirale ze sferycznym wiatrem. Znikły dopiero rankiem, w promieniach wschodzącego słońca. Wtedy też, spośród koronek chmur i fal, wyłonił się punkt na horyzoncie. Wieloryb przyspieszył i mknął teraz przez fale szybciej niż motorówka. Czym bardziej się zbliżali, tym lepiej rozpoznawali kształt. Samotna, śnieżnobiała wyspa. Z wyraźnie zarysowanymi szczytami gór. Zamieszkała. Na wybrzeżu poruszały się jakieś postacie. Podpłynęli już bardzo blisko. Postacie również zauważyły przybyszów z morza, gdyż kilkoro z nich przystanęło, jakby w oczekiwaniu. Ostatecznie waleń zatrzymał się przed mielizną.
–    Tu dla mnie za płytko. Do brzegu dopłyniecie już sami. – zadźwięczał po swojemu. Marika ostatni raz przytuliła się do jego ogromnego nosa i zeskoczyła za Wąchaczem i Bazylim w wodę.
–    Wszystkiego dobrego i nie pakujcie się już w tarapaty! – doradził śpiewnie.
–    Dziękujemy za wszystko! Szerokiej drogi! – Zwierzęta pomachały mu łapami. Zanurkował efektownie. Szary ogon z rozdwojona płetwą zniknął pod wodą.
–    Żegnajcie, moi mili... – ozwały się z głębin trytony i flety.
–    Żegnaj, przyjacielu! – przesłali w myślach wiadomość. Zwrócili się w kierunku lądu i nie wiedząc właściwie czego mają się spodziewać, popłynęli na wyspę. Ich pojawienie się, wywołało duże zainteresowanie. Coraz więcej wyspiarzy wylegało na brzeg. Gdy stanęli łapami na ubitym, białym nabrzeżu, zrobiła się absolutna cisza. Przez chwilę przyglądali się sobie nawzajem. Jedna postać z wyspy, wystąpiła przed gromadę i do uszu przybyszów dobiegły słowa:
–    Ursus! I ursa!
–    Witajcie na Niedźwiedziej Wyspie!