gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

PIERWSZE SPOTKANIE c.d

cz. 2

gallery/przygoda4 600x900png

–    Marika, nie bój się, to ja, Bazyli.
–    Co? – dziewczynka podniosła głowę, spojrzała na straszliwego potwora, w białym futrze. Teraz dopiero zobaczyła, że był to niedźwiadek polarny, nieco większy od niej samej. Jego brązowe oczy patrzyły na nią łagodnie. To nie żaden potwór, to Bazyli, zamieniony w polarnego misia!
Machnął łapą w jej kierunku i ryknął znowu. Marika nie miała najmniejszych kłopotów ze zrozumieniem, tego co chce jej przekazać:
–    Spójrz, ty też wyglądasz tak jak ja.
Marika ze zdziwieniem ogarnęła się wzrokiem. Podniosła jeszcze raz rękę. Ta biała łapa, która przeraziła ją na początku, była jej własną ręką! Nogi, tak jak i ręce były tak samo białe i włochate, zakończone ostrymi pazurkami i twardymi antypoślizgowymi podeszwami. Miękki duży brzuszek był okryty ciepłym futrem. Marika dotknęła łapą nosa. Tak, okrągły i mokry, poczuła niedaleką woń świeżej ryby, śniegu i wody. Duży śmieszny pyszczek, pełen ostrych zębów, jak u brata. Błysnęła do Bazylego kłami. Wcale nie miał zamiaru jej zjeść. To był po prostu uśmiech!
–    Ale fajnie! Chodź – kiwnęła głową na brata, dając mu znak do zabawy. Przez chwilę fikali koziołki na śniegu, miękko spadając, ślizgając się, ryjąc noskami w puchowych zaspach i prychając z uciechy. To była frajda! Gdy słońce stanęło już wysoko na niebie, misie zrobiły się głodne i postanowiły znaleźć coś do jedzenia. Nie musiały zastanawiać się którędy podążać, przyjemne zapachy prowadziły je za nos. Po krótkiej wędrówce zaczarowane misie dotarły nad brzeg morza. Promienie słoneczne odbijały się od fal, a blask tańczył na ich grzbietach.
–    Bazyli, jak tu pięknie! – westchnęła urzeczona Marika spoglądając na złote iskierki pływające po powierzchni wody. Oczywiście zamiast słów, wydała z siebie cichy, niedźwiedzi pomruk.
–    Fantastycznie! A teraz wskakuj do wody. Mój nos mi mówi, że w morzu znajdziemy mnóstwo dobrego jedzonka. Ale jestem głodny! – I Bazyli dał nurka pod wodę. Marika wskoczyła za nim. Chlup!
Och! Pod wodą było jeszcze wspanialej. Tak lekko i swobodnie. Niezgrabne ociężałe ruchy zostały na lądzie, teraz misie nabrały rozpędu. Nurkowały, wynurzały się, opryskując się morską pianą. W przezroczystej wodzie błyszczały, jak opale małe drobinki fitoplanktonu. Marika machała łapkami, próbując pochwycić te morskie gwiazdeczki. Nagle Bazyli zatrzymał się i nosem wskazał krę nieopodal.
–    Ciii.... – Na lodzie wygrzewała się w promieniach słońca grubiutka foka.
–    Bazyli, o czym myślisz? Chyba nie chcesz zjeść tej foki? – szepnęła niepewnie Marika.
–    Właśnie chcę. Tylko musimy się teraz zachowywać bardzo cichutko. Płyńmy pod wodą. Tak by nas nie zauważyła.
–    Ale Bazyli... Nie możemy jej po prostu... zjeść.
–    Dlaczego nie? Przecież jest smaczna.
–    Bo musielibyśmy ją schwytać. No i no, wiesz... zabić. Nie, nie mogę tego zrobić!
–    Ciii....Bo nas usłyszy i ucieknie. Po prostu płyń za mną i rób to samo co ja.
Znów zanurkowali i tak płynęli pod wodą, od czasu do czasu tylko wychylając łebki na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Foka dalej wygrzewała się leniwie na słońcu, zupełnie nie podejrzewając, że znalazła się w niebezpieczeństwie. Niedźwiadki podkradły się pod samą krę i na znak Bazylego jednocześnie wyskoczyły z zamiarem pochwycenia foki. Ta jednak, widząc co się dzieje, wskoczyła szybko do wody. Zakotłowało się w głębinie, zabulgotało i w końcu niedźwiadki złapały uciekinierkę i wturlały ją z powrotem na krę.
Foka zaczęła popiskiwać:
–    Niedźwiadki, niedźwiadki moje kochane. Proszę nie zjadajcie mnie.
–    Żartujesz? Kiszki marsza nam graja, od wczoraj nic nie jedliśmy – Bazyli nie dawał się przekonać.
–    Nie zjadajcie, proszę. Nałowię wam w morzu tyle ryb ile chcecie, oszczędźcie mnie – płakała foka załamując płetwy. Marika popatrzyła na brata.
–    Bazyli, żal mi tej foki. Niech nam nałowi ryb, a my tymczasem zastanowimy się co dalej robić. Jak wrócić do domu.
–    No dobra. Ale pamiętaj – tu zwrócił się do foki – jeśli będziesz próbowała uciec, znowu cię złapię, a wtedy już zjem na pewno. A teraz biegiem po ryby! – Strwożonej foce nie trzeba było dwa razy tego powtarzać.
Gdy foczka dała nura pod wodę, misiaczki usiadły nad brzegiem i zaczęły główkować, co tu zrobić. Sytuacja była dziwna, fascynująca, ale też lekko niepokojąca. Marika zerknęła na brata. Bazyli pomrukiwał coś do siebie, kopiąc włochatą łapą w śniegu.
–    Bazyli... – siostra przerwała ciszę – Musimy odnaleźć drogę do domu, tam czeka na nas mama...
–    Yhm...Wiem. Ale ja jeszcze nie chcę wracać! Tu mi się podoba. W domu są nudy, a tu...No pomyśl sama. Moglibyśmy bawić się od rana do wieczora i w ogóle nie byłoby nam zimno. Nikt nie kazałby nam wracać do domu, moglibyśmy robić, co tylko chcemy! Poza tym jesteśmy groźni i wszyscy się nas boją, tylko spójrz – ugrrrr!! – Miś zaryczał w stronę wynurzającej się właśnie foki, która przerażona niespodziewaną akcją, wypuściła rybę z pyszczka i chlupnęła z powrotem do wody.
–    Widziałaś? Cha, cha, cha! Nie ma obawy, sami sobie ze wszystkim poradzimy. Nie potrzebujemy wracać do domu.
–    Ale Bazyli...a mama...? Na pewno się martwi i nas szuka...
–    Hmm... no tak, mama... – Bazyli zamyślił się na moment, jakby szukając czegoś w pamięci.
–    Mama... Wiesz, co, Mariko, wrócimy, ale jeszcze nie teraz. Chodź, foka przygotowała już dla nas wyśmienite śniadanko – trącił nosem siostrę, strząsając z niej płatki śniegu i nieprzyjazne myśli. Wesoło poczłapali do foczki, która czekała wiernie przy lśniących stosach różnokolorowych ryb, pachnących słonym morzem i świeżością. W menu znalazły się wąsate dorsze, brązowo–białe halibuty, zębate zębacze, naleśnikowate flądry, a wszystkie mięsiste i tak dorodne okazy, że misiaczkom zaświeciły się oczy i zaburczały wygłodniałe brzuszki.
–    Proszę, częstujcie się – zaprosiła płetwą foczka i podsunęła Bazylemu dużego, tłustego, wyróżniającego się barwą karmazyna. Miś chwycił rybę za ogon, przyglądając się chwilę, jak wierzga i walczy, złości się i czerwieni. Pochwalił jej urodę – Piękna! – po czym kłapnął ją w mig i rzucił ościsty szkielet za siebie. – Smaczna! – mlasnął i sięgnął po jeszcze. Marika nie pozostała w tyle za bratem. Wśród mlaskań, chrupań, pomrukiwań szybko utworzył się stosik śniadaniowych resztek. Misie były tak zajęte ucztowaniem, że zupełnie zapomniały o towarzystwie foki, która odważyła się w końcu wyjść na brzeg i z okrągłymi, proszącymi oczkami przyglądała się zajadającym misiom, czekając cierpliwie na swoją kolejkę. W końcu Marika dostrzegła wpatrującą się w nią fokę.
–    Podejdź do nas foczko, nie zrobimy ci krzywdy. Jedz śmiało – wyszczerzyła kły w uśmiechu. – Dziękujemy ci za fatygę. – Uspokojona foczka, kiwnęła jej główką i podskoczyła raźniej do prowiantu. Gdy brzuszki zostały napełnione, zwierzęta ułożyły się wygodnie na śnieżnej kanapie. Najedzony Bazyli znów przemienił się w miłego niedźwiadka, zwrócił się więc do foki z wdzięcznością:
–    Dobra robota, foczko. Przepraszam, że cię wcześniej przestraszyłem. Sztama? – i wyciągnął niedźwiedzią łapę ku foce. Ta odpowiedziała uśmiechem i podała płetwę na zgodę. Foki to bardzo przyjazne zwierzęta, o miłym usposobieniu, nie chowają długo urazy. – Sztama!
–    Powiedzcie misie, a co wy tu robicie same nad brzegiem morza. Gdzie jest wasza mama? Już dawno nie widziałam w tej okolicy polarnego niedźwiedzia.
–    Eee... bo widzisz – zaczął Bazyli, znacząco spoglądając na siostrę – zgubiliśmy się i teraz nie możemy wrócić do naszej...eee... wioski? – dokończył niepewnie, próbując przypomnieć sobie jakieś informacje o życiu niedźwiedzi polarnych.
–    Chodzi ci o Niedźwiedzią Wyspę! – podpowiedziała foczka.
–    Tak, tak właśnie! Dokładnie stamtąd pochodzimy – podłapał misiek.
–    Ale to bardzo daleko – zmartwiła się foczka. – Trudno będzie się tam dostać z powrotem. Trzeba by płynąć wiele dni przez morze.
–    O, nic nie szkodzi. Tutaj też nam się podoba, może nawet zdecydujemy się zostać. W wodzie jest dostatek ryb. Rozglądniemy się po okolicy i znajdziemy miejsce na nocleg.
–    O nie, w tych stronach nie jest zbyt bezpiecznie – strwożyła się nagle foczka. – Kiedyś żyło tu dużo niedźwiedzi polarnych, ale większość z nich odeszła, ruszyła na północ. Odpłynęła na Niedźwiedzią Wyspę.
–    Ale dlaczego? Co się stało? – spytały chórem zaczarowane niedźwiadki.
–    Bo na tej ziemi mieszkają straszliwe potwory – odpowiedziała ściszonym głosem foczka, do coraz bardziej zaciekawionego, lecz wcale nie zlęknionego rodzeństwa. Przysunęła się bliżej, a jej długie wąsy zjeżyły się na samo wspomnienie krwiożerczych bestii.
–    Niemożliwe. Któż jest silniejszy od niedźwiedzia?! – zaryczał Bazyli.
–    Niedźwiedzie są silne i nieustraszone, ale są potwory straszliwsze od nich. Kryją się w lasach, czają w wysokich trawach, potrafią latać jak ptaki i pływać jak ryby. Mają olbrzymie kolce, którymi zadają śmiertelne rany, i żarzące płomienie. Polują na różne zwierzęta, nawet te największe. Niedźwiedzie długo walczyły z wrogiem, chcąc przegonić go z tej ziemi, w końcu dały za wygraną i odeszły. Zostały tylko mniejsze zwierzęta. Część ukrywa się w lasach, jamach, część, tak jak ja, żyje w wodach. Bądźcie ostrożni i wracajcie na swoją wyspę, jak najszybciej – ostrzegła foka.


Niedźwiadki popatrzyły po sobie, nie wiedząc co myśleć o tej historii. W żadnej książce o zwierzętach nie wyczytały nigdy o takim gatunku. No chyba, że o smokach, ale przecież smoki nie istniały naprawdę. Chyba.