gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

WRÓG CZY PRZYJACIEL c.d

cz. 4

gallery/przygoda4 600x900png

–    To foka!
–    Oczywiście, że to Foka!
–    Udawajmy, że odchodzimy – rzekł już nieco ciszej Wąchacz, zbliżając się do Mariki. – Obejdziemy ją naokoło i złapiemy. Będzie idealna na obiad.
Marika spojrzała surowo na kolegę.
–    O nie, Wąchaczu! Nawet o tym nie myśl! To nasza przyjaciółka. Dziś, tak jak wczoraj, zjemy ryby. W morzu jest mnóstwo jedzenia. Prawda, Bazyli? – zwróciła się do brata, który właśnie nadbiegł, by sprawdzić, co ich zatrzymało. Bazyli przytaknął skwapliwie.
Piesiec spojrzał z ukosa na rodzeństwo.
–    Co z was za niedźwiedzie, że nie polujecie na foki! Ta tutaj nasyci nas na cały tydzień. Ma sporo tłuszczu.
–    Ta foczka uratowała nas wczoraj, żyjemy z nią w przyjaźni. Jeśli nie odpowiada ci to, zawsze możesz odejść – powiedział spokojnie Bazyli, lecz w jego oczach pojawiła się ostrzegawcza iskra. Piesiec podkulił ogon.
–    Mięczaki! – rzucił cicho przez kły i powlókł się za niedźwiadkami.
Foczka, widząc przyjaciół, podskoczyła radośnie, klaszcząc płetwami.
–    Witajcie, moi mili!
–    Cześć, Foczko, jak się miewasz? – odpowiedziała Marika
–    Przyprowadziliśmy ze sobą nowego kolegę, pieśca – dodał Bazyli. Foczka nieufnie omiotła wzrokiem kosmatego gościa. – Zaprosił nas do swej norki, na noc – kontynuował Bazyli. – Wąchaczu, podaj łapę! – Lis jednakże zwiesił głowę, udając, że właśnie znalazł coś bardzo interesującego pod śniegiem. Nastąpiła cisza.
–    No tak. Wobec tego, czas na śniadanie! – podjął Bazyli.
–    I kąpiel! – dodała Marika. – Raz–dwa–trzy! – chlupnęło, plusnęło i zwierzęta zniknęły pod wodą. Dopiero, gdy wynurzyły się, by zaczerpnąć powietrza, zauważyły, że piesiec wciąż stoi na brzegu.
–    Wskakuj, Wąchaczu! Woda jest wspaniała! – misie przekrzykiwały się, pryskając wodą w jego stronę. Wąchacz wzdrygnął się, poczuwszy spadające nań krople i cofnął parę kroków dalej, by go nie dosięgły.
–    Nie wydaje mi się. Za mokra i za zimna. Lepiej poczekam na was tutaj – dodał, przebierając łapami, bo głód dawał mu się już ostro we znaki.
–    Jak chcesz! – odkrzyknął Bazyli.
–    Rzucimy ci kilka rybek! – na szczęście Marika nie zapomniała o jego pustym brzuszku!
Lisek usiadł, wiernie wypatrując kolegów. Dłużyło mu się, a ślinka ciekła na myśl o smakowitych, lśniących rybach. Za nic jednak nie wskoczyłby do tej lodowatej głębiny, zmąconej i nieprzyjaznej. Brrr... Na samo wspomnienie, sierść stroszyła mu się na karku! Obserwował cierpliwie kawałki przezroczystego, pokruszonego lodu obijające się o śnieżną barierę brzegu i czekał na niedźwiadki. Trochę trwało, zanim trzy główki wynurzyły się z powrotem na powierzchnię. Z chlupotem, śmiechem i zamieszaniem zaczęli rzucać na brzeg smakowite kąski, które piesiec łapczywie i z werwą natychmiast pożerał. Mlask – ham – ham – mlask – słychać było chrupanie, ciamkanie, kłapanie i chrzęst pękających ości. Wąchacz zdecydowanie delektował się swoim posiłkiem! Przyjaciele pozwolili mu nasycić się, a potem wszyscy razem odpoczywali zadowoleni i rozleniwieni, napawając się promieniami słońca odbijającymi się od ich białych futerek, śnieżnego płaszcza lądu i błękitnych morskich fal. Gdy tak leżeli, na falach zamajaczyły jakieś punkciki. Punkciki wciąż zbliżały się, brązowiejąc i powiększając się, aż nabrały kształtu kilkudziesięciu głów skierowanych w ich stronę. Głowy te zaopatrzone były w długie białe kły, silne i ostre. Zwierzęta wylegujące się na brzegu stanęły na łapy, by lepiej ocenić sytuację. Tak, teraz już nie było wątpliwości, że płyną do nich szablozębne morsy. Drużyna morsów budziła respekt. Bazyli zdawał sobie sprawę, że jest za młodym niedźwiedziem, by wdawać się z nimi w jakiekolwiek zatargi. Szybko przekalkulował sprawę i doszedł do wniosku, że najlepiej będzie podejść do nich i od razu wyrazić pokojowe zamiary. Widząc dwa polarne niedźwiedzie zmierzające w ich stronę, morsy od razu ustawiły się w bojowym szyku. Nie wychodząc z wody, czekały na dalszy rozwój wypadków. Niedźwiadki zbliżyły się do linii frontu, Foczka i Wąchacz trzymali się z tyłu.
–    Witajcie, morsy! – zaczął śmiało Bazyli. – Nie mamy złych zamiarów. Chcemy się z wami zaprzyjaźnić. – Marika uśmiechnęła się, szczerząc kły i przytaknęła głową.
Mosy spojrzały po sobie i nagle, jakby na umówiony znak, jednocześnie zaczęły wydawać piskliwo–gulgoczące dźwięki.
–    A to dobre! Słyszeliście tego miśka? Chce się za–przy–jaź–nić! – stary mors zwrócił się do swoich kolegów, podkreślając ostatnie słowo, co wywołało jeszcze większą wrzawę wśród brązowawego tłumu morskich stworzeń.
–    My się nie przyjaźnimy z niedźwiedziami! – dało się słyszeć odpowiedź między prychaniem, gardłowaniem i pluskaniem. – Tak! Tak! Tak!
–    Niedźwiedzie to nasi wrogowie. Łapią i zjadają nasze żony i dzieci!
–    Tak! Tak! Tak! – kiwały głowami morsy.
–    Odejdź stąd niedźwiadku, bo potraktujemy cie naszymi ostrymi kłami! – kontynuował stary mors przy pełnej aprobacie reszty drużyny. Morsy zaczęły spoglądać coraz groźniej, w ich okrągłych oczach widać było chęć wyjścia na brzeg i dania nauczki małym zuchwalcom! Oj, chyba zwierzęta przeliczyły się tym razem. Nie każdy w tym zimorodnym miejscu miał ochotę na zabawę i zawieranie przyjaźni z zaczarowanymi misiami! Pod wpływem mierzącego spojrzenia morsów kołyszących się w ciemnym milczeniu na coraz bardziej wzburzonych falach, jakby oczekujących i gotowych do boju, Bazyli skinął na resztę i skierował się do odwrotu.
–    I żebyśmy was tu więcej nie widzieli! – krzyknął raz jeszcze stary mors. – Od dziś to nasz teren! – Misie, straciwszy animusz, stuliwszy uszy po sobie, oddaliły się wraz z foczką i pieścem od niebezpiecznego miejsca. Z oddali obserwowały, jak morsy wyszły na brzeg, zajęły całą przybrzeżną okolicę i tworząc piramidę mięsa i kłów zaczęły wylegiwać się ospale na słońcu.
Wąchacz parskał i fuczał, ze złości kopiąc w śniegu.
–    Tak oddać im teren! Bez walki! Uh, ja bym im dał wycisk, gdyby tylko podeszli! Banda grubasów! – Tu spojrzał na Bazylego. – Jesteś niedźwiedziem! A taki z ciebie tchórz!
Bazyli spojrzał na niego wymownie.
–    I mówisz, że dałbyś radę całej drużynie szablozębnych? – odpowiedział spokojnie.
–    A tak, a pewnie! A co ty myślisz, że pozwoliłbym sobie odebrać, co moje?! Tym tłustym kluchom?! – zaperzył się Wąchacz.
–    Jakoś zabrakło ci tej pewności, gdy staliśmy przed nimi. Schowałeś się za plecami Bazylego – zauważyła roztropnie Foczka.
–    Bo...bo... – lis stracił na moment rezon, lecz zaraz riposta zaświtała mu w głowie. – Bo nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Myślałem, że Bazyli dmuchnie, chuchnie i zmiecie te śmiecie z powierzchni jednym ryknięciem. Teraz to widać jaki z niego niedźwiedź! Tchórz! Bazyli to tchórz! I tyle – powtórzył z odrazą kilkakrotnie, niemal wypluwając te słowa. Bazyli przez chwilę stał w milczeniu. Następnie spojrzał groźnie na lisa, który pod jego wzrokiem skurczył się momentalnie, żałując, że nie ugryzł się wcześniej w język.
–    Dobrze. Droga wolna. Idź i odbierz, co twoje. Z ciekawością będziemy śledzić twe poczynania na polu bitwy.
Piesiec drgnął. Przechwalając się i gadając głupoty nie sądził, że słowa obrócą się przeciwko niemu i będzie musiał ponieść konsekwencje. Przez chwilę myślał, że Bazyli tak tylko mówi, że żartuje, żeby go ukarać, za brzydkie przechwałki. Ale gdy zobaczył, że niedźwiedź stoi nad nim z poważnym wyrazem pyska, nogi ugięły się pod nim i zatrząsł się z przerażenia. Teraz już nie będzie odwrotu. Trzeba było zważać na swoje słowa. Został wygnany i musi zmierzyć się z całą ordą morsów. Z nadzieją skierował swój wzrok ku Marice. Patrzyła ze smutkiem, ale nie powiedziała nic na jego obronę. Było jej przykro, ale Wąchacz obraził Bazylego i sam poprosił się o karę. Foczka patrzyła na wszystko również w milczeniu. W głębi serca może nawet odczuła ulgę. Nie miała zaufania do lisa, którego wielokrotnie przyłapała na wgapianiu się w jej tłuścinkę. Coś jej mówiło, że jest dla niego jedynie poruszającym się smacznym kawałkiem mięsa i tylko czeka na sposobność, by wgryźć się w jej ciepły, krwisty boczek! Wąchacz zwiesił swój łeb, ciężko westchnął i z ociąganiem ruszył w stronę wygrzewających się na słońcu szablozębnych. Jego zadziorna powierzchowność uleciała gdzieś z wiatrem. Szedł, jak skazaniec. Bez przyjaciół, bez ciepłego słowa, wprost w olbrzymie kły masywnych stworów oczekujących na swoją ofiarę. Odwrócił się ostatni raz w stronę kolegów. Bazyli, Marika i Foczka stali wciąż bez ruchu.
–    Przepraszam, Bazyli... – szepnął cichutko, a łzy zakręciły się w bursztynowych oczach. Dopiero teraz zrozumiał, co stracił. Przyjaźń, ochronę i pożywienie.