gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

KULIG

cz. 1

gallery/przygoda4 600x900png

Nadszedł długo oczekiwany grudzień. Ze śnieżną brodą po pas, ciepłym płaszczem i wysokimi cholewami kozaków. W wielkiej dłoni dzierżył olbrzymią wiklinową trzepaczkę, którą wykurzał z chmur gęste płaty śniegu. Przemierzał świat, a biały, zimny puch sypał się z nieba i otulał dokoła domy, wzgórza, wieże wysokich budowli, osiadał miękko na gałęziach drzew i dachach samochodów. Osiedla, pola i lasy okryły się migotliwą, delikatną pierzynką. Świat, niczym wielki bałwan, mrużył już oczy do snu, gdy nagle skrzypnęły drzwi i z domów wybiegły kolorowo ubrane dzieci. Z wesołymi iskierkami w oczach, rozgrzanymi policzkami od uciechy, dalejże, zaczęły bałwana tarmosić, ugniatać, budzić z zimowego przyjemnego letargu. Z piwnic i strychów powyjeżdżały sanki i narty, i już sunęły z górki a z nimi śmiech, gwar i radosne okrzyki. W ruch poszły śnieżki – bęc, bęc, bęc – rozpłaszczały się białymi plackami na kurtkach, płotach i murkach, na grzbiecie Mruczka, który z oskarżycielskim miauknięciem czmychnął w kocią dziurę. Również Marika i Bazyli, w pośpiechu zakładali ciepłe czapeczki i szaliki, i wybiegając, w locie słyszeli głos mamy, która przestrzegała:
–    Bawcie się, dzieci, ale nie zapomnijcie wrócić przed zmrokiem... – Wieczory zimą były ciemne i chłodne.
–    Dobrze, mamo, nie zapomnimy – krzyknęły podekscytowane i już baraszkowały w śniegowym puchu wraz z przyjaciółmi.
Gdy biała warstwa śniegu została porządnie wyskakana, wytupana, wyślizgana, gdy bałwan stał koło bałwana, a dzieciom znudziła się już zabawa w igloo, z brzęczeniem dzwoneczków nadjechał wujek Misza. Siedząc na wozie, ponaglał raźno siwka – hejta, hejta, wiśta wio!
–    Kulig! – krzyknęły chmarą dzieci i w mgnieniu oka przytroczyły swoje saneczki do wujkowego wozu. Sznur sanek był długi i kolorowy. Bazyli z Mariką siedzieli wśród kolegów, trzymając się mocno. Wujek Misza dał znak i ruszyła sanna z piskiem i śmiechem, a dzwoneczki wesoło im wtórowały. Ach, jaka pyszna była to zabawa! Gdy niebo poszarzało, a słońce schowało się za chmury, dzieci wróciły do swoich domów. Marika i Bazyli nie mogli się nagadać przez cały wieczór. Opowiadali o wszystkich ciekawych zabawach, o kolegach, o wujku Miszy i kuligu.
–    Ach, Mamo – westchnęła Marika – wujek Misza obiecał, że jutro również zrobi nam kulig. Czy będziemy mogli pójść?
–    Oczywiście. Tylko pamiętajcie, żeby wrócić do domu przed zmrokiem. Gdy mróz nadchodzi, wszystko, co spotka na swej drodze, zamraża. A nieposłuszne dzieci zamienia w polarne niedźwiedzie – zażartowała mama.
Ogień w kominku pstryknął iskrami, w domu było ciepło, jasno i przytulnie. Po kolacji, rodzeństwo wyszczotkowało zęby, umyło się i grzecznie położyło do łóżeczek. Po chwili spali już głęboko, utrudzeni pierwszym grudniowym dniem tego roku.

Następnego ranka, Marika i Bazyli wstali prędziutko, odsłonili okno w pokoju i przykleili nosy do szyby. Śnieg wciąż był. Jeszcze bardziej biały i puszysty. Widocznie grudzień ostro wziął się do roboty i w nocy wytrzepał większość chmur w okolicy. Po śniadaniu, odbyła się zbiórka na osiedlu, gdzie wszystkie dzieci ustawiły w szeregu swoje sanki. Wujek Misza, tak jak obiecał, zjawił się i tym razem. Pomógł dzieciom w wiązaniu wytrzymałych supłów i jak ostatnio, dał znak do odjazdu. I tak jak wczoraj, Marika z Bazylim, i resztą kolegów z podwórka mieli fantastyczną, zimową przejażdżkę. Dookoła domów, pomiędzy drzewami, aż do wzgórz okalających osiedle. Wrócili roześmiani, szczęśliwi i głodni. Mama poprosiła, by przed wejściem do domu strzepnęli z ubrań i butów śnieg. Gdy dzieci umyły ręce, zasiadły do wspólnego posiłku. I znów opowieściom i śmiechom nie było końca. Jedno mówiło przez drugie, z takim ożywieniem w oczach, że mama pozwoliła im pojechać kuligiem również jutro, pod warunkiem, że wrócą do domu przed zachodem słońca.
–    Hurraaa!! – podskoczyły dzieci. Nocko, daj piękne sny i upłyń szybko. Niech już będzie Jutro!!
Ale kolejny dzień przyniósł zadymkę i nie było mowy o wychodzeniu. Marika i Bazyli usiedli przy oknie, lecz zamiast misternie rzeźbionego śnieżno–lodowego krajobrazu dostrzegli tumany białego pyłu zasypującego świat. Wiatr chuchał, jęczał i kaszlał, potrząsał konarami bezbronnych drzew, powtykanych, jak zapałki, w białą gazę zawiei. Kryształowym mroźnym okiem zaglądał w okienko. Dzieci szybko odsunęły się od parapetu i usiadły przed kominkiem, gdzie było ciepło, miło i przytulnie, a kolorowe, trzaskające, wesołe iskierki odganiały zimne i smutne myśli w najdalszy kąt.
–    Zagrajmy w chińczyka! Albo pobawmy się w zamek. Ty będziesz księżniczką, a ja smokiem – dzieci wyjęły rycerzy i ustawiły drewnianą fortecę. Przez jakiś czas do uszu mamy, gotującej obiad w kuchni, dolatywały waleczne okrzyki z bitwy, przerażające wrzaski smoka i władczy ton księżniczki, tłumaczący, jak dobrze wychowane smoki winny zachowywać się względem dziewczyn. Po południu, dzieci zjadły obiad i mama wyjęła ciekawe bajki do poczytania. Ale znudziło się i to. Rodzeństwo tęsknie spoglądało w stronę okna. Wiatr przestał hulać, zaśnieżone osiedle wyglądało teraz jak obrazek z książki o Arktyce. Biało, biało, wszędzie biało, nic tylko biel po horyzont. Brakowało jedynie reniferów, fok i niedźwiedzi polarnych.
Nagle, zdało im się, że w tej bieli poruszył się jakiś ciemny punkcik. Punkcik zaczął rosnąć i rosnąć, zbliżał się do nich, wyłaniał się z szarości zimowego popołudnia znajomy kształt. I zdało im się, że w tej ciszy drzemiącego osiedla, zabrzęczały dzwoneczki. Delikatnie, z oddali, nawołując, zapraszając, przynaglając. Chodźcie, dzieci, chodźcie...
–    To wujek Misza! – Bazyli wyskoczył, jak z procy, porwał kurtkę i wybiegł z domu.
–    Bazyli, poczekaj! – krzyczała zdezorientowana Marika. Mama nie pozwalała wychodzić w taką pogodę, lecz dziewczynka nie chciała zostawić brata samego. – Bazyli, wracaj! – Ale Bazyli był już daleko, głuchy na nawoływania, biegł, ciągnąc za sobą kolorowe saneczki. Bez wahania, szybko przywiązał swoje sanki do dużych sań. Marika przyspieszyła i w ostatniej chwili dobiegła i chwyciła brata wpół. Bat świstnął powietrze i sanie pomknęły w białą dal, a wraz z nimi kolorowe szaliczki i pomponiki.
–    Marika! Bazyli! – Mama, tak jak stała, wybiegła za dziećmi, a głos ochrypł na mrozie od płaczu i wołania. – Marika! Bazyli! – Długo w noc, skulona zimnem postać, szła, wołała, szukała. Zaczął znów sypać śnieg i zasypał ślady sań. Dzieci zniknęły.
Tymczasem Marika i Bazyli mknęli przez zaspy i śniegi, a saneczki raz po raz podskakiwały na pofalowanej białej pokrywie. Szus – szus szurały płozy, trzask–prask świstał bacik, klap–klap–chrap galopował konik. Marika, przytulona do brata, trzęsła się z zimna i strachu, a Bazyli trzymał mocno saneczki. Wielkie śniegowe płaty zatykały im oczy, nosy i buzie. Robiło się zimno, coraz zimniej, mroźno. Brrr, i nieprzyjemniej. Na koźle wcale nie siedział wujek Misza tylko jakiś dziwny pan, w wysokim cylindrze i czarnej pelerynie. Bazyli kilka razy próbował pytać dokąd jadą, ale dziwny pan ani nie odpowiedział, ani się nie odwrócił. Może to i lepiej. Marika bała się tego pana. Gdyby się odwrócił, mógłby na nich nakrzyczeć, wydawał się trochę zdenerwowany, świstał bacikiem i pędził niczym wiatr. Oj, czemu nie posłuchali mamy. Pewnie bardzo się martwi. I jak teraz znajdą drogę do domu? Jazda zdawała się nie mieć końca, wieczorne cienie igrały po śniegu, dzieci były już bardzo zmęczone i senne. Gwiazdy na granatowym niebie kołysały się do snu w rytm poruszających się sań. Dziecięce główki przytuliły się do siebie i w końcu, utrudzone, zasnęły. Nastała głęboka noc.
 

PIERWSZE SPOTKANIE

Słońce dało prztyczka w nos. Pac. Marika obudziła się i zamrugała, bo niesamowity blask poraził jej zaspane oczy. Leżała na śniegu, lecz było cudownie ciepło. Poczuła, że otula ją coś bardzo miękkiego. Spróbowała wstać, lecz głowa zdała jej się bardzo ciężka. To samo ręka. Niezgrabnym ruchem podniosła rękę do góry, gdy nagle nad jej głową pojawiła się kosmata biała łapa! Chciała krzyknąć, lecz coś ryknęło jej do ucha!
–    Aaaa! Yeti! – znów krzyknęła, ale potwór był szybszy i zamiast swojego głosu usłyszała rozwścieczony ryk dzikiej bestii. Nie czekając dłużej, stanęła na nogi. Poczuła się jakoś dziwnie, ale nie miała czasu się zastanawiać, trzeba było umknąć czym prędzej temu włochatemu potworowi i odnaleźć Bazylego. Bazyli! Gdzie jest Bazyli! Biegnąc, w strachu, dostrzegła białego potwora, zbliżał się do niej szczerząc ostre kły w porannym słońcu. Był już tak blisko, że Marika zamknęła oczy i skuliła się w sobie, pewna że potwór zaraz ją powali i żywcem pożre, gdy nagle usłyszała ten znajomy już ryk, trochę mniej przerażający niż na początku. I zaskakujące, dokładnie rozumiała, co ryczący potwór do niej mówił!
–    Marika, nie bój się, to ja, Bazyli.
–    Co? – dziewczynka podniosła głowę, spojrzała na straszliwego potwora, w białym futrze. Teraz dopiero zobaczyła, że był to niedźwiadek polarny, nieco większy od niej samej. Jego brązowe oczy patrzyły na nią łagodnie. To nie żaden potwór, to Bazyli, zamieniony w polarnego misia!
Machnął łapą w jej kierunku i ryknął znowu. Marika nie miała najmniejszych kłopotów ze zrozumieniem, tego co chce jej przekazać: