gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

   

 

 - Szybko, szybko! Iwonka, ubieraj się! Marcin, Kuba, wyłączcie w końcu ten komputer! Jej, jak późno! O tej godzinie mieliśmy być na miejscu!- mama biegała i krzyczała po domu, wyciągała szkraby spod łóżek, jedną ręką zakładała Iwonce rajstopki, drugą przygotowywała kanapki, trzecią wlewała herbatę do termosu. Gdy już prawie, prawie udawało jej się zapanować nad sytuacją, chwila nieuwagi i dzieciaki znów rozbiegły się po kątach. Nie można było dojść z nimi do ładu. Tata w spokoju siorbał kawkę, miał idealne alibi- sprawdzał trasę w google. Mimo wszystko zjeżyły mu się włosy na głowie, a po plecach przeszedł zimny dreszcz, gdy nagle mama wbiegła do pokoju. Oczywiście od razu przypomniała sobie o tacie. Oczy strzeliły, jak błyskawice.
 - No wiesz! Może byś mi pomógł! Długo jeszcze będziesz sprawdzał, jak się jedzie do tego lasu?!
 - Kochanie, jeszcze chwilkę. Zaraz ci pomogę - odpowiedział tata ze stoickim spokojem, choć burza wisiała w powietrzu.
 - Jasne, jasne!- rzuciła mama. Tym razem nie miała czasu na dyskusje. Pobiegła dalej, a tacie się upiekło. Upił łyczek kawy dla rozluźnienia. W dali słyszał tupot i pokrzykiwania. Burza przeszła bokiem.

 - Chłopcy, plecaki spakowane? Nie, Heniu, nie bierzesz tego auta. Zgubisz i będziesz płakać.To ma być wycieczka w przyrodę. Tylko listki i patyki. Wiola, a ty przygotowana już jesteś? - mama spojrzała na mnie przelotnie i jej wzrok zahaczył o notatki - Na co ci ten zeszyt?
 - Będę pisać opowiadanie.

Wzruszyła ramionami:

 - Jak chcesz. Marcin, Kuba, gotowi? Damian, pospiesz się! - zawołała tatę. -  I weź tę torbę.
 - Jedzenie, picie, koce, kalosze... Okna zamknięte. Piecyk, żelazko wyłączone... Klucze, gdzie są klucze! Dobra, są. Wsiadamy do auta!
 - Siusiu!- podpowiedziała Iwonka. Falstart.
 - O, masz ci los! Jeszcze to. Chodź szybko. Reszta do auta!

Po chwili, zdyszana mama siadła obok taty.

 - No, wreszcie! Wszyscy na swoich miejscach?
 - Taaak!- ryknęliśmy chórem.
 - Tylko na ciebie czekaliśmy, kochanie... - zaczął tata, lecz przerwał, bo mama znów spiorunowała go wzrokiem. - No to jedziemy na wycieczkę!
 - Hurraaa!

 

Rusałka huśtała się na listku, rudzik wyśpiewywał piosenkę o tym, jak przyjemnie jest w południe, gdy leśne stworzonka odpoczywają i wygrzewają się w półcieniu drzemki. Łagodny wietrzyk bujał koronami drzew, a one mieniły się w słońcu to srebrno, to seledynowo. Spokojnie było i cicho. I bardzo przyjemnie...

Trzask- prask! Trzasnęły gałązki. Trzask-prask! Świst-gwizd! Świstnęło po twardych pniach. Tup-łup! Zatupotały jakieś kopyta. Szur- bur! Zaszurały liście na ziemi. Hecho-echo! Śmiecho-echo! Hecho-śmiecho! Zaśmiały się i zawołały jakieś straszliwe głosy. Gwar, skoki, bieganina, krzyki, piski nieopisane...Nieznane stwory, w dzikim tempie, zbliżały się do Rusałki. Przerażona, przylgnęła do liścia. Zamknęła oczy, nie miała odwagi spojrzeć na przebiegające istoty. Może jej nie zauważą. Coś jednak mocno pacnęło, Rusałka spadła z liścia i potoczyła się w trawę. Nie była to zbyt bezpieczna kryjówka. Jeden z tych dzikich stworów mógł ją przecież rozdeptać, ale wolała się nie ruszać i z otwartymi szeroko oczętami obserwowała zza źdźbeł traw, co się dzieje.

 

 - Tu będzie dobre miejsce. - zakomenderował tata. Cała ferajna przystanęła i zrzuciła plecaki. Marcin z Kubą, jak dwa gibbony, uwiesili się na pobliskim drzewie. Henio, uwolniony z wózka, rozpoczął maraton pełzaków, Iwonka jak to Iwonka, z okrzykiem: "Kwiatuski!", klapnęła w trawę i zajęła się rwaniem wiechci, to znaczy, komponowaniem bukietów. Mama załopotała kocami. I w mig, stoliczku nakryj się, pojawiły się plastikowe pojemniki, talerzyki, sztućce, papierowe serwetki. Zapachniało kolorowymi kanapkami i herbacianym gorącym naparem. Obserwujące z wyżyn gibbony gibko zlazły z drzewa. Heniusia, któremu tak dobrze szło i był już w pół drogi do krzaka, niespodziewanie pochwyciły silne ręce, przefrunął nad ziemią, wierzgając łapkami i również znalazł się na kocu. Niekontrolowana teleportacja. Wszyscy usadowiliśmy się wokół naszych smakołyków, zaszeleściły papierki, folia aluminiowa, zachlupotały kubeczki. Mlask-mlask, wygłodniali wycieczkowicze wyśpiewywali kantatę na świeżym powietrzu. A uszy trzęsły się, że aż miło! Cóż to dla takich żarłoków- minęła chwilka i było po pikniku. Dzieciaki rozbiegły się po lesie, a za nimi papierki i inne śmieci.

 

 - Fujć! - wzdrygnęła się Rusałka, gdy ochlapało ją rzucone w trawę opakowanie po jogurcie. - Dlaczego oni tak śmiecą?
 - To ludzie - zagderała przechodząca obok mrówka. - Oni zawsze śmiecą i brudzą. Przyjeżdżają, choć nikt ich tu nie zaprasza, panoszą się, jakby byli u siebie i wywracają cały las do góry nogami. Wiesz ile później potrzebujemy czasu, ile musimy się napracować, aby doprowadzić wszystko do porządku?
 - Tak nie może być!
 - Powiedz im to- wzruszyła odnóżami mrówka i pogodzona ze swym mrówczym losem, pomaszerowała dalej. Rusałka śledziła ją zamyślonym wzrokiem, dopóki ta nie znikła w ciemnych grudkach ziemi. Co robić?

 

 

Część 3­

 

"Przygoda w lesie"

cz. 2