gallery/diabelek sypie
gallery/galazka prawa
gallery/fanpage

POLSKA LITERA

gallery/galazka prawa

   

 

Sprytny rudzik przelatywał z gałęzi na gałąź, wystarczająco daleko, by chłopcy nie mogli go dosięgnąć, nie płoszył się jednak. Wyczekiwał, aż dobiegniemy i znów odlatywał na bezpieczną odległość.

 - On chce nam coś pokazać!- ekscytował się Marcin. W końcu i ja dałam się wciągnąć w te podchody. Ten mały, rozćwierkany ptaszek intrygował mnie coraz bardziej.
 - Czy nie oddaliliśmy się za bardzo od rodziców? - rozsądek starszej siostry wciąż brał górę nad chęcią poznania zagadki. Chłopcy zawahali się na moment, ale ptaszek znów rozpostarł skrzydełka i dał nurka w listowie. Bez zastanowienia, pobiegliśmy za nim. Zrobiło się cicho, niepokojąco cicho. Las zgęstniał i pociemniał. Nigdzie nie było już widać przyjaznego rudzika. Właściwie, nie było widać, ani słychać żadnego zwierzęcia. Las zastygł w oczekiwaniu. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Maluchy przytuliły się do mnie, chłopcy stracili rezon i rozglądali się niepewnie, przeczuwając kłopoty.
 - Aj! - syknął Kuba – coś mnie dziabnęło w nogę. - Chciał ruszyć do przodu, ale noga uwięzła mu między pędami. - Co to? Jestem pewien, że wcześniej tego tu nie było.
 - Nie ruszaj się, żebyś się bardziej nie zaplątał - powiedziałam, pochylając się nad nim i próbując wyswobodzić go z ostrych gałązek.- To jeżyny.
 - Przydepcz drugą nogą - doradził Marcin. - Auć! - krzyknął przerażony. Gdy się odwróciłam, leżał na ziemi a pędy jeżyn, niczym kolczaste węże, oplatały go jak, kokon. Zostawiłam Kubę, by pomóc Marcinowi i usłyszałam pisk Iwonki:
 - Wioja, Wioja!- stała w tym samym miejscu, gdzie przedtem, lecz teraz otaczały ją wysokie łodygi pokrzyw, z nastroszonymi włoskami, gotowymi do ataku.
 - Iwonka, nie ruszaj się, zaraz was z tego wyciągnę!- krzyknęłam w jej stronę, zrobiłam krok do przodu i nagle wyrosła przede mną ściana z kolcolistu, odgradzając od rodzeństwa. Henio się rozpłakał. Wysoko na gałęzi drzewa zobaczyłam znajomego rudzika. Nie ćwierkał już, przekrzywił na bok główkę, jakby chciał powiedzieć: "A macie za swoje, łobuzy!" Dzieciaki wzywały pomocy, ale nie mogłam nic zrobić. Gdy tylko próbowałam dotknąć krzewu, drapały mnie ostre kolce. Zamknęłam oczy i szepnęłam:
 - Proszę, przepuście mnie...- skrzyżowałam ramiona, pochyliłam głowę i zdecydowanym krokiem ruszyłam prosto na kolczastą ścianę. Spodziewałam się ukłuć, ostrych żądeł, a poczułam na policzkach miękkie płatki. Otworzyłam oczy. w miejscu kolców rozkwitły wspaniałe żółte kwiaty. Krzew rozstąpił się przede mną i ujrzałam swoje rodzeństwo. Marcin i Kuba trzymali się dzielnie, choć jeżyny potargały na nich ubrania i poraniły policzki. "Sssmarkaczczee... urrwisssyy..."- syczały rośliny. - "Zzzzbierrajcciee ssswojee śśśmiecciii..." Iwonka dalej piszczała w niebogłosy, bo pokrzywy nie dawały za wygraną: "Parz-parz, A maszsz, A maszsz..."- ale na szczęście nie parzyły, nie miała bąbli na skórze. A Henio? - przestraszyłam się, bo nie słyszałam jego płaczu. Spał w kołysce z bluszczu! Odetchnęłam z ulgą, że nikomu nic poważnego się nie stało. Wciąż jednak byliśmy w pułapce i nie wiedzieliśmy, jak się z niej wykaraskać.
 - Ja chcę do mamy! - zapłakała Iwonka. Musiałam coś wymyślić, lecz miałam pustkę w głowie. W końcu odezwałam się drżącym głosem:
 - Dobre rośliny, istoty lasu, proszę, zostawcie moje rodzeństwo w spokoju. Pozwólcie nam odejść.

Niestety, moje słowa nie zabrzmiały, jak odpowiednie zaklęcie, pędy nie zwolniły uścisku, pokrzywy nie schowały parzydełek. Co więcej, las jeszcze bardziej pociemniał, wielki cień przykrył  wszystko dokoła, tak że niemal straciliśmy widoczność. I wtedy to zobaczyliśmy. Skrzydła. Olbrzymie motyle skrzydła rozpostarły się nad nami. Ciemne jak noc, półprzezroczyste, w biało-rdzawe wzory. Straszliwie piękne.I nagle wszystkie drzewa, i krzewy, i trawy, i zwierzęta, i wszelkie leśne stowrzenie wydały z siebie okrzyk zachwytu: "Och!" i pochyliły swe głowy, i konary przed olbrzymim, zachwycającym motylem. Moje rodzeństwo, nareszcie uwolnione, lecz oszołomione, patrzyło na to cudowne zjawisko z szeroko otwartymi buziami. Henio wciąż spał w plecionce z bluszczu i całe szczęście, bo nie miałam pojęcia, co się teraz wydarzy.

Motyl przemówił, A jego głos zadźwięczał, jak tysiące leśnych dzwoneczków:

 - Witajcie w moim królestwie. Jestem Rusałka Admirał. Mieszkańcy lasu poskarżyli się na was i przyprowadzili do mnie, bym osądziła was wedle waszych uczynków. Jeżeli okaże się, że działaliście na szkodę lasu, poniesiecie konsekwencje swojego złego zachowania. Jeżeli okaże się, że jesteście niewinni, rośliny i zwierzęta wskażą wam drogę do domu. A teraz, proszę, odpowiedzcie na moje pytania.

Nastąpiła minutowa pauza, podczas której Rusałka Admirał spoglądała na nas swoimi wielkimi migdałowymi oczami. W końcu zapytała:

 - Czy niszczyliście drzewa, uderzaliście pnie i łamaliście gałęzie?
 - Tak- odpowiedzieliśmy i poczułam, jak ze wstydu płoną mi policzki. Czułam się współodpowiedzialna, bo widziałam, co robią dzieciaki, ale nie zareagowałam.
 - Czy rwaliście kwiaty, dokuczaliście owadom i innym mniejszym od was zwierzętom? - kontynuowała Rusałka Admirał, a jej przedziwne motyle oczy błyszczały zagadkowo.
 - Tak- znów odpowiedzieliśmy zgodną skruchą.
 - Czy śmieciliście w moim pięknym lesie?
 - Tak, przepraszamy. - Rusałka Admirał zafalowała skrzydłami i unosząc się nad ziemią, zbliżyła się do nas, tak, że czuliśmy delikatny wiatr od jej fascynujących skrzydeł.
 - Cieszę się, że przyznaliście się i żałujecie swoich uczynków. To jednak nie wystarczy - dodała surowo. Przemogłam onieśmielenie i zapytałam:
 - O, Pani! Czy mogłabym jeszcze coś dodać w obronie mojego rodzeństwa? - W tejże chwili, na moim ramieniu usiadł mały migotliwy motylek. Mogłabym przysiąc, że to ten sam, który przypatrywał mi się, gdy słuchałam poszmerów lasu. Rusałka Admirał też go zauważyła, uśmiechnęła się do mnie i skinęła potakująco głową. Westchnęłam, bo nie jest łatwo przyznawać się do winy, ale czułam, że te słowa muszą zostać wypowiedziane:
 - O, Pani! Wszystko to moja wina. Wprawdzie bezpośrednio nie przyczyniłam się do niszczenia Twojego lasu, lecz jako starsza siostra, nie zrobiłam nic, by pouczyć moje młodsze rodzeństwo.  O, Pani! Proszę, ukarz mnie, a oszczędź dzieci. Oddaję się Twej woli - Słowa płynęły prosto z serca. Naprawdę było mi przykro. Miałam jednak nadzieję, że nie brzmię zbyt patetycznie. Nie, nie dla królowej lasu. Rusałka Admirał przyjęła moją prośbę życzliwie.
 - Cóż za szlachetne, dobre serce. Martwisz się o swoje rodzeństwo bardziej niż o siebie. Wspaniale! - Po czym zwróciła się do dzieci:

- Dzięki swojej siostrze, otrzymujecie tylko pouczenie. Pamiętajcie jednak, w lesie jesteście gośćmi, musicie przestrzegać naszych praw, szanować każde napotkane stworzenie. Zabierzcie swoje śmieci i wracajcie do domu.
 - Dziękujemy ci, O Pani! - skłoniłam się nisko, coś mi podpowiadało, że tak powinnam się zachować. - Chodźcie, dzieci. Wracamy do mamy i taty, na pewno już się o nas martwią. - Wyjęłam z bluszczowej kołyski Heniusia, który oczywiście przespał smacznie całą niezręczną sytuację. Wzięłam Iwonkę za rączkę, Marcin i Kuba, trochę się ociągając, ruszyli za nami. Czyżbym widziała zawód na ich twarzach? Pewnie teraz, gdy groźba kary została zażegnana, chętnie zostaliby na dłużej, wśród tych fantastycznych zwierząt i ożywionych roślin. Ale dość przygód na dzisiaj! Czas wracać. Tym razem droga była jasna i przejrzysta. Odprowadzała nas liczna gromadka. Wiewiórki, ptaszki i cała chmura kolorowych motyli. Pilnowały byśmy bezpiecznie dotarli na miejsce. I wkrótce dotarliśmy, a tam czekała na nas kolejna niespodzianka...

 

 

Część 5­

"Przygoda w lesie"

cz. 4